Witam!

Ja-ja-ko doświadczona nie wiekiem a liczbą dzieci, chcę się podzielić swoją wiedzą dotyczącą wszystkiego co dotyczy maluchów. Ponieważ nie przepadam za "dobrymi radami" - czyli po prostu nie lubię być pouczana, nie traktujcie moich wpisów zbyt dosłownie :)

poniedziałek, 14 listopada 2011

księga wiedzy II + pamiętnik twórczości dziecka

Księga wiedzy - kilka stron"

Skąd woda w toalecie?          Skąd się biorą jajeczka?
 
 My-jemy-ząbki                           Koła, trójkąty, kwadraty

A to już cześć archiwum - może stanowić część księgi wiedzy bądź prace dzieci można zachowywać w osobnym zeszycie

recycling

Ech, taki sobie krótki post o zwierzętach. Po urodzinach czy zakupach zawsze zostaje dużo kartonów oraz pudełek z twardszego niż kartka papieru. I ja mam taką dziwną przypadłość, że żal mi tych kolorowych kartoników, pudełeczek i boxów. Aby zaspokoić swoją żądzę recyclingu, proponuję dzieciom zabawę w tworzenie zwierzątek. Rysuję kontury w 2D (patrz obrazki), proszę dzieci aby je pokolorowały i wycięły. A potem składamy nasze "animalsy" w 3D.



                                          Klowa-lova, jesz i kłet.

                              Najprostsza łaciata - pamiętać w wymionach!


                                          Czasem trzeba wspomóc się klejem...

poniedziałek, 7 listopada 2011

w co się bawić z dzieckiem

Dość narzekania i wytykania naszych błędów. Na prośbę Frooszki rozpoczynam epopeję "w co się bawić z dzieckiem". Na początek trochę teorii.
1. Cierpliwość. My wiemy co się robi z plasteliną, kredkami i klejem. Ale dla dzieci to są kolejne zabawki, które będą rozsmarowywać po ścianach, żuć, gryźć i zjadać. A po 5 minutach zabawy mamy pół godziny sprzątania. Ale warto! Warto tłumaczyć, że farbki nie są do jedzenia, warto pozwolić sobie na totalny bałagan w naszym czystym i pięknym mieszkaniu.
2. Zapomnij o oczekiwaniach. Myślisz, że gdy pokażesz dziecku jak się lepi ślimaka albo kręci kulki z plasteliny i dziecko powtórzy po tobie wszystkie czynności? Zapomnij. Zosia w II piętra już pięknie koloruje a nasza Asia ledwo trzyma kredkę. Dlaczego tym się przejmujesz? Twoja córeczka to Asia a nie Zosia, i to Zosię będziesz zachęcać do wspólnego rysowania.
3. Zbieraj z dzieckiem wszystko co wydaje ci się przydatne do zabawy. Kamyki, patyki, deseczki, liście, kawałki sznurka czy włóczki, suszone kwiaty, gazety, kolorowe buteleczki, pudełka po herbacie - słowem wszystko co nadaje się "do recycligu".
4. Zachęcaj, ale z rozsądkiem. Jeśli dla dziecka coś jest za trudne i irytujące, odpuść.
5. Podążaj za dzieckiem. Jeśli interesuje je coś, drąż, opowiadaj, rysuj, wycinaj - niech dziecko uczy się dzięki twojej inwencji. 

To tak w skrócie. Każdy rodzic pewnego dnia przekona się, że dla rocznego dziecka ciekawsza będzie plastikowa butelka z wodą niż super droga zabawka, która dźwięczy, piszczy i kwiczy oraz świeci. Tak samo pożądane są wszystkie przedmioty codziennego użytku, które używają dorośli. Gary, miski, łyżki, młotki (!), komórki - słowem wszystko co dzieci widzą u swoich rodziców. Oczywiście pewne przedmioty powinny być dla dziecka tabu - moim zdaniem jest to pilot, komputer, komórka - przynajmniej do 5-6 roku życia. Ale inne są dla dziecka super ciekawe i rozwijające.
 Jedną z najprostszych zabaw dla małych dzieci jest manipulacja ciastoliną, plasteliną i innymi masami plastycznymi. Owszem, można kupić ciastolinę po 20 zł za 30 dag, ale można również zrobić masę solną samemu za 2 zł. Przepis zaczerpnęłam z książki Trish Kuffner "Jak to zrobić" - naprawdę polecam.
Masa solna - szklanka maki, pół szklanki soli, trochę wody, ew. łyżeczka oleju - zagnieść. Z takiej masy możemy zrobić dosłownie wszystko - od świątecznych aniołów, "ciasteczek" do zabawy, a możemy także do masy dodać barwniki (np. temperę w proszku) i trzymać w foliowym woreczku w lodówce oraz wykorzystywać kiedy tylko chcemy. Maluchy mogą kroić, zagniatać masę, odrywać kawałki i bawić się nimi. Starsze dzieci mogą  lepić z ciastoliny różne zwierzątka, przedmioty.

                                            Malowanie bałwanków z masy solnej


Spodobał mi się pomysł z książki na stworzenie "Księgi wiedzy". W książce opisujemy spacery, wycieczki, tematy, którymi interesuje się dziecko.Można wydrukować zdjęcia ze spacerów, wkleić mapę Polski i zaznaczyć gdzie mieszkają bliskie nam osoby itd. W naszej księdze mamy różne strony dotyczące ciekawych dla dzieci tematów. Jamba interesuje się wulkanami, więc mamy zdjęcia wulkanów i gejzerów. Oglądaliśmy bajkę "Wpuszczeni w kanał" więc narysowałam dzieciom rury z wodą do kranu, wanny, z umywalki i toalety, do oczyszczalni. Dzieciaki potem kolorowały obrazek. To niesamowite jak wpływamy na wiedzę, światopogląd naszych dzieci. Kiedyś (Jamba miała ze 2,5 roku), oglądaliśmy bajkę o Kubusiu Puchatku. Po scenie gdy przyjaciele odwiedzili Pana Sowę, Jamba zapytała dlaczego Kłapouszek mógł wejść do domu na drzewie skoro on nie umie wchodzić po drabinie (!). Odpowiedziałam, że to bajka, a w bajce wszystko jest możliwe. Znajomi stwierdzili, że brnęliby w wytłumaczenia, że jakoś tam wszedł, że czary-mary... Tłumaczmy dzieciom wszystko jak najbliżej prawdy. Obrazujmy im to stosownie do ich wieku. To my jesteśmy pierwszymi nauczycielami i nie tylko kształtujemy ich wiedzę, ale i strukturalizujemy ją. W każdym razie księgę wiedzy polecam.

                                                                   Krasnal z lasy solnej

poniedziałek, 17 października 2011

jeden kocyk żeby nie było zimno, a drugi żeby było ciepło

Nasza wada narodowa. Ciepły letni dzień, mama w bluzce, krótki rękaw, lekka spódniczka sandałki. Dziecko - polarowa czapeczka, kurteczka zapięta pod szyję, przykryte kocykiem po pachy. Dziecko w wózku leży, czerwone z gorąca, ruszać się nie może, albo nie chce bo nie ma siły. To nie jest jakiś wyjątek. I te okropne czapeczki nawet w upalne dni. "Bo dziecko zachoruje, uszy i nerki - wszystko będzie chore"! Ja się nie dziwię, że gdy spocone dziecko wyjdzie z autobusu, czapeczka się podniesie, wiatr zawieje - nagła zmiana temperatur i bakterie się cieszą. Skąd ten szał na ubieranie dzieci jak na zimę syberyjską się bierze - to ja nie wiem. Dzieci nie hartowane, hodowane w sterylnych warunkach, nie mają szansy ćwiczyć swoich układów odpornościowych. Co choroba to antybiotyk, wyjałowione z wszelkich bakterii, nie mają jak się bronić. I ciągle te gile. Cieszą się tylko koncerny farmaceutyczne - co wizyta stówka w aptece zostaje.

poniedziałek, 3 października 2011

Szwecja z katalogu IKEA

Weekendowa wycieczka do Malomoe z Frooszką - nasz urlop macierzyński bez dzieci. Już pierwszego dnia Frooszka zauważyła, że na ulicach i w domach (Szwedzi raczej nie mają firanek w oknach) wszystko wygląda jak z ze zdjęcia w katalogu IKEA. To nie są ustawki z białymi meblami i hordami włóczących się po fotografiach dzieciaków. A na ulicach pełno rowerów, całe rodziny spacerują i przemieszczają się na wszystkim co ma koła. Całe metry sześcienne samców pchających wózki, chodzących z dziećmi do pizzerii czy na lody. Wszyscy uśmiechnięci, normalni. Nie, to nie jest hymn pochwalny - wiem, że Szwecja to nie raj. Chodzi mi bardziej o nastawienie do rodziny czy rodzicielstwa. 15 stopni, park i rodzina na pikniku, dzieciaki biegające i grające w różne gry - jakoś tak lżej na sercu. U nas też nie jest źle - przecież to nie jest Afganistan. ALE... idę na plac zabaw w GDA. Mama nie wejdzie po piaskownicy z dzieckiem bo ma za ładne buty (-mamooo, pobaw się ze mną! - nie będę wchodzić na piasek [cyt.przyb.]), ojcowie zostawiający swoje dzieci w piaskownicy i spie..jący daleko za płot placu zabaw... Smutne to trochę. Mi nie chodzi o to, żeby chodzić za 3-latkiem krok w krok, ale dziecko trzeba nauczyć bawić się, dopiero potem ono bawi się samo i wykorzystuje swoją wiedzę. A mama uczy czegoś innego niż tata. To logiczne i nie mam na myśli uczuć, emocji i tego co zazwyczaj kojarzy się z męskością czy kobiecością, bo mama i tata inaczej postrzegają świat, posiadają wiedzę niezależną od ich płci. Nie jestem zwolennikiem postawienia znaku równości pomiędzy mamą i tatą, choć w Szwecji na ulicy tak to wygląda. Chodzi mi o pokazaniu różnorodności tej związanej i niezwiązanej z płcią. Jabbers przyszedł dziś z misiem pod bluzką i mówi, że urodzi dzidzię. Tłumaczyłam mu, że każdy ma swoją rolę - niektórzy są tatusiami i opiekują się dziećmi, niektórzy są mamusiami i  rodzą dzieci, ale każdy jest dla dziecka czymś ważnym. Nic tak nie smuci gdy ktoś wraca z pracy, bawi się z niemowlakiem a gdy on zaczyna płakać woła do współmałżonka - zabierz go bo on płacze. A przecież można się położyć na kocu z dzieckiem i spróbować się poprzytulać, pozwolić maluchowi na bliskość, nawet gdy jesteśmy zmęczeni.

Wspólne rodzicielstwo jest fajne!

poniedziałek, 5 września 2011

czysto, czyściej, jeszcze czyściej

Od setek tysięcy lat ludzie żyli w brudzie, z robalami, pasożytami i innymi zarazami. Dbamy o siebie tak na serio od 100 lat jak mniemam. I dzięki temu żyjemy dłużej. Ale zapędziliśmy się trochę w "kozi róg". Nadmierna czystość doprowadziła do powstawania alergii, które nie są niczym innym jak nietolerancją naturalnego środowiska człowieka. No cóż, we wszystkim trzeba osiągnąć równowagę.
Podstawowa sprawa - jak działa nasz układ immunologiczny?- To są całe dywizje komórek i infrastruktura istniejąca tylko po to aby poznać wroga i zniszczyć wszystko co może zniszczyć nas. Układ immunologiczny (UI) uczy się - musi poznawać kolejnych wrogów, zapamiętywać ich aby następnym razem działać sprawniej. Oczywiście, gdy rodzi się małe dziecko, jego UI nie jest jeszcze dojrzały, ale za to przeciwciała do walki z wrogiem wysysa z mlekiem matki. Dlatego też niekiedy zdrowe noworodki są superodporne [mój najmłodszy trafił po urodzeniu w sam środek wszelkiego rodzaju zapaleń spojówek, krtani i przeziębień wśród członków rodziny, a przez pierwsze pół roku był zdrów jak ryba, oczywiście chroniliśmy go, ale przecież wirusy i bakterie były w powietrzu]. Nie zawsze infekcje omijają maluchy, to oczywiste - niedawno słyszałam o matce, która miała herpesa na ustach i pocałowała nowonarodzoną córeczkę, co spowodowało u dziecka ciężką posocznicę, w wyniku której dziecko zmarło. Ale takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko. Konkludując, malucha trzeba chronić, ale też nie nadmiernie - już po urodzeniu kładzie się go przecież na brzuchu mamy aby "domowe" bakterie zasiedliły ciało dziecka. Niemowlakowi należy wyparzać smoczki, butelki - o tym chyba nie trzeba się rozpisywać. Jestem natomiast przeciwnikiem sterylizowania wszystkich zabawek i całego otoczenia. Wtedy właśnie, wraz z rozwojem dziecka układ odpornościowy musi się ćwiczyć. Kurz, roztocza radośnie szalejące po naszym mieszkaniu nie są przecież wrogami rzędu wirusa grypy. Natomiast nie bardzo rozumiem sens wyparzania każdorazowo smoczka czy butelki u dziecka, które zaczyna raczkować. Przecież i tak liże wszystko, bierze paluszki do buzi, a co gorsza ląduje w niej cała gama materii nieożywionej (łącznie z petami, kapslami na spacerze), bądź ożywionej - koty, psy, robale i pająki (no ponoć to możliwe, że dziecko zawija każdego napotkanego ośmionoga do paszczy).
Dla nieprzekonanych i uznających, że dziecko można oduczyć lizać klocki, piłki, liście i ślimaki. Wyobraźmy sobie typowy dzień. Wracamy z zakupów. Zdejmujemy buty, zakładamy kapcie. Wszystkie riketsje, pył z podwórka, kawałki odchodów ptasich i psich na naszych butach lądują w przedpokoju, w którym ubieramy kapcie - przenosimy więc część podwórkowej flory i fauny na dywan, na którym rozkosznie bawi się bobas. Przenosimy zakupy do kuchni, myjemy ręcę, po czym wyjmujemy zakupy - ile tam jest kolonii bakterii? Przecież ludzie, którzy przenosili i układali towar w sklepie niekoniecznie myli ręce, a może ta czy inna puszka spadła na ziemię.  A potem tymi samymi rękami przygotujemy dziecku butelkę, którą to dziecko wraz z żyjącym inwentarzem weźmie do swoich rąk. Ale dalej - dzwonek do drzwi - listonosz. Czystymi rękami dotykamy klamki, którą wcześniej dotykaliśmy brudnymi rękami (które trzymały się poręczy w tramwaju, wózków sklepowych i wybierały marchewkę w sklepie). Bierzemy list, który przebył 100 km w różnych warunkach, podpisujemy się długopisem, który codziennie trzymają setki ludzi niekoniecznie z certyfikatem czystości. Wracamy do dziecka i bawimy się z nim. Całe rzesze nieprzyjaznych istot zaludniają w tym czasie zabawki i dziecko. [Akurat jak po listonoszu myję ręce bo sama widziałam jak się odlewa w przyosiedlowych śmietnikach]. Tak, to tylko tak dla zobrazowania. O dziecko trzeba dbać, dom trzeba sprzątać i co jakiś czas umyć zabawki. Ale chyba nie można w tym wszystkim popaść w paranoję. Jeśli ma się w domu alergika to już inna sprawa - czyścić trzeba częściej, ale nie uważam, że trzeba wszystko odkażać jak radzą nam w reklamach takich cudownych sprayów.
Oczywiście jeśli ktoś musi bo ma taką potrzebę, to przecież nikt mu nie zabroni. Warto jednak logicznie podejść do niektórych spraw, bowiem choroby i wszystko co się wiąże z dobrostanem naszych dzieci jest nieodłącznie naszpikowane emocjami, naszymi własnymi lękami i poczuciem odpowiedzialności.
Zatem musimy zdecydować czy UI naszego dziecka ma iść do szkoły czy jechać na wakacje...


poniedziałek, 4 lipca 2011

sprawiedliwy podział obowiązków

Coś takiego nie istnieje KROPKA
Ale, że pisać dalej trzeba dalej mianowicie następuje:

Wracamy do domu z małym człowiekiem. Z istnieniem ludzkim, które wcale nie ma dwóch dni jak wskazuje metryka. Ten mały człowiek ma 9 miesięcy. W łonie matki ukształtował się cały. Umie ssać, łykać, płakać, poruszać rękami, nogami. Ćwiczył to wszystko w ochronnej atmosferze macicy w zmniejszonej grawitacji, zatem jak na starcie umie już dużo. Pierwsze dni jak koty - za płoty. Maluch zmęczony porodem, ssaniem, które jest dla niego nie lada wysiłkiem - dużo śpi. Baaa, ale to nadal jest odrębny człowiek, którego trzeba się nauczyć!!! Kiedy je, ile je, jak długo śpi i kiedy, jakie lubi pozycje odpoczynku - niby kilka czynności, a przecież zajmuje mu to całą dobę.

Maluchy jedzą jak chcą. Jamba jadła zegarowo co 3 godziny, żywiła się godzinę bo zasypiała w trakcie seansu karmienia. Jabbers jadł co 2 godziny, ale najadał się w 15 minut. Jabulani stołował się co 3 godziny po 40 minut-każde inaczej. Również w nocy bywało różnie. Ja jestem nocnym markiem, więc wstawanie co 2-3 godziny w nocy to pestka, ale po 5 nad ranem nie odbierałam sygnałów ze świata zewnętrznego. Dlatego "sprawiedliwy" podział obowiązków jest kwestią subiektywną i do-dopracowania-w-związku. A każdy ma inaczej. Warto jednak zadbać o wspólną opiekę nad maluchem, tym bardziej, że jeśli mąż wychodzi na piwo, to dlaczego szanowna małżonka nie miałaby wychodzić? Kwestię karmienia rozwiązywałam następująco. Wychodziłam "na miasto" zaraz po karmieniu lub zostawiałam trochę pokarmu lub po prostu sztuczne mleczko. Wracałam po 2-3 godzinach więc problemu generalnie nie było. Ale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie kobiety maja ochotę wychodzić. Ja przecież też nie wypuszczałam się z domu codziennie. Mimo wszystko fajnie jest zarezerwować dla siebie, czyli dla siebie, ale i dla męża, część życia "bez pieluch". Nie chodzi mi o odrzucenie dziecka, o imprezowanie w tydzień po porodzie, tylko o normalne podejście do sprawy. Jest dziecko, OK, ale jestem ja, ale jesteśmy też my - ja i mój mąż. To wszystko są odrębne światy - jak klocki. Przyjście na świat trochę burzy stary układ, więc trzeba wszystko na nowo odbudować, a najlepiej tak aby nie wyrzucać żadnego z klocków, tylko je trochę poprzestawiać.
Miało być o obowiązkach - i było, tylko, że pomiędzy wierszami :)