Witam!

Ja-ja-ko doświadczona nie wiekiem a liczbą dzieci, chcę się podzielić swoją wiedzą dotyczącą wszystkiego co dotyczy maluchów. Ponieważ nie przepadam za "dobrymi radami" - czyli po prostu nie lubię być pouczana, nie traktujcie moich wpisów zbyt dosłownie :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

to co cóż ze szpital

Lądujemy na oddziale z maluchem przyssanym do piersi, albo przyniosą go nam za jakiś czas na karmienie. Taki osesek ssie na początku chyba tylko dla ćwiczenia. Przecież jeszcze chwilę temu był podłączony do źródła żywienia, to chyba w godzinę nie zgłodniał. Oby tylko ssał, jeśli ssie, pół kłopotu z głowy - ma ten cudowny odruch. Jeśli ma okrojony pakiet startowy trzeba się trochę namęczyć.

Uwaga - nie wstajemy same z łóżka!!! po raz pierwszy!!! choćby nie wiadomo co! czekamy na położną, męża, siostrę, kogokolwiek, lub prosimy kumpelę z pokoju żeby po położną się udała z prośbą.
Uwaga - dziecka nie nosimy po oddziale na rękach, tylko wozimy w wózku!!!
Uwagi może głupie, ale niekiedy chronią przed tragedią.

Powtórka:
Po porodzie nie czuje się potrzeby sikania, jednakowoż zalecam chodzenie do łazienki, nawet nie wiecie jak pojemny jest znów ten pęcherz... Każda wizyta w toalecie jest okazją do skorzystania z dobrodziejstw medycyny - czytaj woda z Tantum Rosa. Obowiązkowo wietrzymy ranę leżąc w łózku.
Problem pojawia się gdy na oddział mogą wchodzić goście. Bo są takie rodziny, które tłumnie i długo zalegają przy łóżkach, że aż nerw bierze. Ani się wsypać, ani wietrzyć, ani dziecko karmić. Uprzedzamy naszych gości, że mogą ewentualnie przyjść na chwilę, chyba, że mąż alboco. Ja w ogóle gości żadnych sobie nie życzyłam, tylko mąż albo siostra czy mama na 5 min.

Pobyt w szpitalu najlepiej wykorzystać na spanie i naukę tego czego jeszcze nie wiemy. Więc każde pytanie o karmienie i dziecko i nasze samopoczucie warte jest tego, żeby zadać je położnym. Nie wstydzić się pytać, przychodzić nawet o 1 czy 4 nad ranem. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby położna nie pomogła. NAPRAWDĘ PYTAJCIE! Nie wstydźcie się. Jednego razu całą noc nie przespałam, bo mały nie mógł się najeść. Rano okazało się, że to przez kroplówkę i normalna sprawa - nie miałam pokarmu. A mogłam iść do położnej w nocy, tylko głupia uznałam, że przy trzecim to już mnie nic nie zagnie.

Traumatyczne przeżycie dla wielu kobiet? Sposób kąpania dzieci przez położne. Wrażliwe serca niektórych mam nie mogą znieść trzymania noworodka na jednej ręce  i ekspresowe obmycie ciałka pod kranem. Ale cóż, tak trzeba, szybko, sprawnie i na temat, a po kąpieli dzidziuś i tak ląduje w odziane w ręcznik ręce mamusi.

Naczelna zasada młodej matki "DZIECKO ŚPI, MAMA ŚPI". Radzę przestrzegać i dużo leżeć po porodzie, nawet w domu. Bo jak mawia moja mama "macica musi się zwinąć"!

piątek, 10 czerwca 2011

czas, już czas....

Na kilka tygodni przed porodem pojawiają się tak zwane 'skurcze przepowiadające". Przypominają one te podczas miesiączki i można odczuć twardnienie brzucha. Trwają kilkadziesiąt sekund i powtarzają co kilkadziesiąt minut, po czym znikają. Macica w ten sposób przygotowuje się do porodu. Ale nie należy się nimi przejmować, chyba, że pojawi się jakieś krwawienie lub skurcze nasilą się. Torbę mamy spakowaną, dyspozycje rodzinie wydane, pokój dla malucha urządzony, słowem czekamy na ten dzień. Przy pierwszym porodzie zawsze jest ten strach - czy będę wiedziała, że to już. Uwierzcie mi, jak już się zacznie to na pewno będziecie wiedziały. Może nie powinnam tu pisać o porodach w ogóle, tylko o swoich, ale to za chwilę. Jeśli nie ma przeciwwskazań (tzn ciąża nie jest zagrożona, a my czujemy się generalnie dobrze) to radzę zostać jak najdłużej w domu - do czasu aż skurcze będą pojawiać się co 15 min. Ma to o tyle znaczenie, że po pierwsze,  pierwiastkę i tak odeślą do domu (mnie odsyłali przy pierwszym porodzie 2 razy:), a poza tym szpital to miejsce dość specyficzne. Nie jestem zaciekłym wrogiem lekarzy, położnych czy pielęgniarek, wręcz przeciwnie. ALE... Ale w momencie wejścia na salę porodową jesteśmy pacjentkami, której każe się robić to lub tamto. Musimy słuchać tego co nam mówią, wykonywać polecenia i każda osoba z personelu jest "nad nami" - a ma to swoje pozytywne i negatywne strony. Oznacza to mniej więcej tyle, że wspaniała położna może naprawdę pomóc, a innym razem może wystraszyć lub zdenerwować. Po drugie w domu, jesteśmy u siebie, możemy wziąć prysznic kiedy tylko chcemy, wypić herbatę, możemy przyjmować dowolne pozycje podczas skurczów (ja notorycznie stawałam naprzeciw ściany, opierałam się rękami i dreptałam w miejscu). tylko ostrzegam, że na szkole rodzenia nie byłam, więc piszę tylko o tym co ja przeżyłam, co by mnie ktoś nie pozwał o narażenie zdrowia lub życia.
Idziemy dalej... Jeśli wasz wybrany szpital nie przeprowadza lewatywy, to proponuję przeprowadzić ją samemu. Dziecko działa bowiem jak tłok strzykawki - popycha wszystko co ruchome do przodu. Natura trochę ułatwia życie, bo podczas kurczów często kobiety dostają biegunki, ale ta lewatywa jakby źle się nie kojarzyła, naprawdę pomaga. Ale nie stresujcie się tym nawet w szpitalu. Tam ludzie pracują z porodami na co dzień więc nic ich nie zaskoczy. Znajomy ratownik opowiadał kiedyś, że wieźli do porodu kobietę, która cały czas..... sikała. To nie były wody płodowe. No cóż, zdarza się. A co do wód płodowych to na trzy porody tylko raz mi odeszły w domu, a konkretnie w nocy.
Dobra, skurcze mamy co 15 minut i zmykamy do szpitala. Nie radzę ubierać spodni - nigdy nie wiadomo co będzie dalej. Jedziemy na izbę przyjęć - tam skierują nas na trakt porodowy. Przy drugim porodzie nie dałam się odesłać z powrotem, więc na porodówce spędziłam dwie godziny. Nie musiałam cały czas leżeć, więc chodziłam lub siedziałam, ale czasem można także wziąć prysznic. Kiedy skurcze pojawiają się co 5-3 minuty to nie ma rady trzeba się położyć. A potem czas jakby stoi w miejscu, ale wydaje się jakby jednak przyspieszał. Co prawda moje porody nie były traumatyczne i długie, więc się nie porównuję do kobiet, które naprawdę się nacierpiały. Bo udało mi się urodzić już z 2-3 skurczem partym. I to jest o tyle ciekawe, że mam dość wąskie biodra, a moja mama miała ciężkie porody. Powiem jedno - gdy dziecko już się urodzi, to naprawdę nie czuje się bólu. NAPRAWDĘ! Jeśli położna nacięła krocze to będzie szycie. Profilaktycznie można poprosić o znieczulenie, które zazwyczaj podaje się podczas szycia standardowo, ale cóż - lepiej się upewnić. Można także zapytać się lekarza o ewentualne rozmiary zniszczeń. I powiem wam szczerze - poproście lekarza o zszycie tak aby później nie było problemów ze współżyciem. A więc - jeśli nasz mężczyzna jest bardzo hojnie obdarzony, lub wręcz przeciwnie - lepiej powiedzieć o tym lekarzowi. Mi lekarka po drugim porodzie zrobiła "prezent dla męża" - czy zszyła dość ciasno. Ale z kolei koleżanka narzekała, że została zszyta za ciasno, więc potem był problem.
No właśnie - z personelem medycznym trzeba współpracować, ale czasem też trzeba być asertywnym. Podczas pierwszego porodu, który trwał na sali 7 minut, bo przybyłam na ostatnią chwilę, pani położna krzyczała, że za szybko rodzę (sic!) i rzeczywiście o mały włos a Jamba spadłaby na podłogę bo po prostu wyskoczyła nagle, a panie nie były na to przygotowane. Nie było sensu się kłócić. Ale przy drugim porodzie podeszła do mnie pani doktor z jakimś młodym stażystą. I pani doktor nagle opuściła na płasko mój zagłówek (chciała zrobić USG). Zapowietrzyło mnie, przecież nie jestem kawałkiem mięsa! Lekarka trochę się przestraszyła i zapytała czy jest mi słabo. Odpowiedziałam, że nie, tylko nie jestem przygotowana na takie traktowanie. Czasem trzeba być asertywnym i tyle, ale czasem można odpuścić.

Resztę wiecie na pewno z książek i gazet czy opowieści. Dodam tylko, że w MOIM odczuciu poród to nie jest jakaś metafizyka, magiczne zdarzenie, cudowne przeżycie transcendentne czy inne cóś. To jest zadanie, ciężka praca, którą trzeba wykonać aby przytulić maluszka.

Po porodzie lekarze wszystko jeszcze raz zbadają, zważą i zmierzą a potem jeszcze godzinna obserwacja. Nie można wtedy spać, to naprawdę ważne ponieważ w razie krwotoku stwarza to zagrożenie życia. W niektórych szpitalach na czas obserwacji dziecko zabiera się, ale najczęściej mama może je już karmić :)
A potem na oddział. I jeszcze coś na wypadek gdybym zapomniała. Po porodzie nie czuje się parcia na pęcherz. Ja tego nie wiedziałam i dopiero po kilku dobrych godzinach pomyślałam, ze może pójdę do toalety - jejku, nie mogłam się wysikać, a wcale nie czułam że mi się chce. Po prostu przez kilka ostatnich miesięcy pęcherz był tak ściśnięty, że w trakcie porodu i po nim, po prostu głupieje!

 Co do znieczuleń i cięć cesarskich. Znieczulenia są dobre dla kobiet naprawdę wrażliwych na ból. Moja siostra rodziła ze znieczuleniem i mówiła, że i tak czuła ból, a poród bez znieczulenia trwałby ze 2 godziny krócej (siostra jest pielęgniarką i to super dobrą, więc się zna). W każdym razie to nie jest tak, że nic się nie czuje i jest super. A niekiedy akcja porodowa po znieczuleniu ustaje. Odnośnie cięcia cesarskiego, to wcale nie wzięło się od Cezara. W starożytnym Rzymie wykonywało się cięcia (czyli ceasare) jeśli kobieta umierała, żeby chociaż dać szansę dziecku na przeżycie. A jak wiadomo matka Juliusza Cezara żyła jeszcze po jego urodzeniu. Otóż to nie jest tak, że poddamy się cięciu, wyjmą nam dziecko i jest super. To jest bardzo poważna operacja z nacięciem powłok brzusznych.Rehabilitacja po takim cięciu jest zazwyczaj dłuższa i naprawdę utrudnia opiekę nad dzieckiem. Ale oczywiście niekiedy cesarka jest jedynym wyjściem. Ciekawe, że dzieci urodzone przez cięcie maja inny kształt czaszki i inaczej zachowują się po urodzeniu. Niektóre dzieci mają "nieodczuloną twarz" - nie lubią przytulania, głaskania, pluszaków i misiaczków to tulenia. Z czasem na szczęście to przechodzi. Dodam jeszcze tylko, że to nie tak, że jestem przeciwna zdobyczom medycyny. Myślę jednak, że natura pracowała nad porodami ssaków przez dobre kilka milionów lat, więc tu wszystko ma znaczenie - nawet rzeczy najbardziej wydawałoby się błahe i bez znaczenia.

  Jakbyście chciały się dowiedzieć coś jeszcze to zadawajcie pytania, odpowiem na wszystkie.

niedziela, 29 maja 2011

torba do szpitala

No cóż, przychodzi taki czas, że ma się już dość tego brzucha i chce się już urodzić. Zaraz za tymi myślami czai się strach - jak to będzie, czy dam radę, czy wszystko będzie dobrze. Poród to zadanie do wykonania, trochę jak w wojsku. Zatem miesiąc przed porodem trzeba po prostu spakować torbę.
Dla mamy zabieramy: dwie koszule nocne (nie za długie, z rozpięciem pod szyją), klapki (nie polecam kapci chyba że po powrocie do domu je wypierzesz), narty (czyli w położniczym slangu wieeeelkie podpaski), jednorazowe majty - dwie lub trzy pary (kosztują kilka złotych w aptece), ręcznik, kubek, sztućce, wodę do picia, przybory kosmetyczne (jak wiadomo szampon, mydło, krem, szczota do zębów) i co tam jeszcze chcecie do czytania, słuchania itp. Z reguły to w szpitalu się chce głównie spać i patrzeć na malucha, ale poczytać coś lekkiego też można. Dla przyszłych mam proponuję także własny patent. Zabieramy ze sobą butelkę po małej wodzie mineralnej ale z wodą przegotowaną, oraz 3-4 saszetki Tantum Rosa. Po porodzie wsypujemy saszetkę do butelki i w trakcie każdej wizycie w toalecie, siedząc na toalecie można ulżyć najbardziej zmęczonym organom chłodną wodą z TR. To naprawdę pomaga i działa. Ale wasz wybór, w niektórych szpitalach nawet ten mały rytuał nie jest mile widziany, bo "należy myć się tylko wodą z mydłem".
Dla dziecka pakujemy: 2-3 body i tyle samo pajacyków, około 10 pieluch jednorazowych, kilka tetrowych (do karmienia, odbijania), smoczek jeśli chcesz, w lato czapeczka może być zbędna, rękawiczki na łapięta, 2 pary skarpetek, ręcznik, kremik do pupy, chusteczki jednorazowe. Proponuję nie brać za wiele rzeczy bo potem ciężko znaleźć w torbie, a mąż i tak potem doniesie pieluchy i inne brakujące rzeczy. Nie polecam także zabierania najpiękniejszych ubranek, bo smółkę naprawdę trudno wyprać, a uwierzcie mi - maluch może się usmarować po uszy.
W każdym szpitalu (ja zwiedziła trzy różne) są inne zwyczaje - w niektórych dostaniesz wszystko - od ubranek po narty, w innych nie dostaniesz nic, a problem może być nawet jak nie będziesz miała kubka do picia... W każdym szpitalu panują też inne reguły. Ale jest kilka zasadniczych niezmiennych. Zaraz po porodzie, szczególnie pierwszym sama nie wstajesz z łóżka, najlepiej poprosić o pomoc pielęgniarkę. Nigdy też nie chodź z dzieckiem na rękach po korytarzu, od tego są wózki, a nigdy nie wiadomo czy nie zakręci ci się w głowie i nie upadniesz z maluchem. Dlatego dziecko wozi się w wózkach. Trzeba też pilnować bransoletek na rączkach i nóżkach bo niekiedy spadają. W niektórych sprawach trzeba walczyć o swoje. Spotkałam się zakazem smoczków na oddziale (ok, nie są niezbędne dla wszystkich, ale czasem trzeba być asertywnym i wytłumaczyć, że "ja akurat dokonałam takiego wyboru"), z zakazem używania Tantum Rosa (tu akurat mogą mi naskoczyć), w jednym szpitalu niechętnie patrzono na to, że jem banany bo są pryskane... Ale cóż - czasem trzeba słuchać, czasem trzeba robić swoje. Dla wyjaśnienia - nie jestem przeciwko personelowi medycznemu - większość lekarzy i położnych to sensowni ludzie i bardzo pomocni, tylko czasem nadmiar roboty lub zły dzień naprawdę daje w kość. A czasem po prostu się trafi jakiś burak - ale to jak wszędzie. Na razie tyle, ale następnym razem to już będzie hardcore o porodzie...

niedziela, 22 maja 2011

świeczki i torty

Akurat jestem na bieżąco z urodzinami, ale o chrzcinach też napiszę. Myślę, że "dziecięce" imprezy najlepiej urządzać w domu. Takie imprezy w knajpach, owszem, odbarczają rodziców z całego tego bałaganu sprzątania, gotowania (szczególnie po porodzie, np przy chrzcinach), ale to mimo wszystko jest święto dziecka. A dziecko najlepiej czuje się w domu, tak samo jak zazwyczaj inne zaproszone dzieci. Byłam raz na chrzcinach w restauracji i było naprawdę fajnie, tylko zawsze jest problem co zrobić z maluchami, które wszędzie chodzą, wszystkiego dotykają, pieluszaka trudno przebrać i położyć spać. Dlatego polecam domówki. Właśnie posprzatałam po pierwszych urodzinach Jabulaniego. Dorośli siedzieli w dużym pokoju, a dzieciaki (trójka w wieku 2,5-5 lat) radośnie zrobiły w swoim pokoju Jumanji. W zasadzie harmonogram prac był mocno rozłożony w czasie. Sprzątanie wstępne w czwartek (kto wie jaki ja mam problem z porządkiem zrozumie). W piątek zakupy. W sobotę rano przygotowałam część jedzenia - dzieci piekły muffinki, ja paszteciki z gotowego ciasta francuskiego, odmrażałam kurczona (tak jak moja mama twierdzę, że dobry kurczak musi być mrożony). Wieczorem zrobiłam tort (z gotowych blatów), usmażyłam piersi kurczona, pokroiłam wszystkie warzywa na sałatki i przygotowałam sosy - dziś tylko połączyłam je razem, więc jedzenie było świeże. Rano obrałam ziemniaczki, wyłożyłam mięso na blachę, obrzuciłam serem i na-na-na-sem. Na deser lody i czekoladowe pianki. Wszystko wyszło  super, oprócz kremu do tortu, który się zwarzył. Ale, że krem miał być tylko na wierzch, więc z boku oprószyłam kokosem, po wierzchu posypałam kakao, udekorowałam żelkami-miskami i finito. Siostra powiedziała, że gdybym się nie "pochwaliła", że krem nie wyszedł to by nie zauważyła.
U nas w rodzinie jest tradycja, że dziecko wybiera jeden przedmiot ze stoliczka, na którym leży: pieniądz (dziecko może będzie lubić kasę), obrączka (szybko wyjdzie za mąż/ożeni się), kieliszek (zapowiada się na pijaka:), książeczka (będzie mądry), różaniec (szykuje się na zakon lub księdza). Oczywiście traktujemy to jako zabawę, ale jest to fajna zabawa. Czasem też robimy prezentację zdjęć ze śmiesznymi komentarzami i obowiązkowo pokazujemy książeczkę dziecka ze zdjęciami, odciskami nóżek i różnymi małymi pamiątkami (takie książeczki można kupić i uzupełniać jeszcze przed narodzinami - np zdjęcia z USG).

Co się tyczy chrzcin sprawa jest bardziej skomplikowana. Po pierwsze - kiedy chrzcić? Myślę, że kiedy dziecko rodzi się wiosną, latem lub jesienią, warto chrzcić jak najszybciej. Inna sprawa w zimie, ale to wiadomo. Z chrzcinami to prawdę mówiąc dużo roboty.
Po pierwsze wybrać rodziców chrzestnych. Wbrew pozorom to nie taka łatwa sprawa. To powinni być ludzie wierzący, szczególnie jeśli sami raczej nie zaglądamy do kościoła. Bo chrzest wiąże się z pewnym zobowiązaniem. Po drugie trzeba się zastanowić czy warto wybierać na chrzestnych osoby, które daleko mieszkają. Owszem ciocia z Anglii to oznacza drogie prezenty, ale mi się wydaje, że fajnie jest mieć taką ciocię lub wujka, którzy naprawdę interesują się dzieckiem, zabiorą na jakąś wycieczkę, spędzą razem trochę czasu.
Po drugie - kwestia kościoła, spowiedzi, nauk przedchcielnych i zorientowania się "z czym to się je". Nic tak nie smuci jak chrzest, na którym nikt nie wie jak się zachować, kiedy wstać, kiedy uklęknąć. W ramach ćwiczeń można raz pójść do kościoła gdzie będzie chrzczone nasze dziecko, na mszę ze chrztem właśnie.
Po trzecie - jak ubrać dziecko. W niektórych rodzinach istnieje tradycja, ze to matka chrzestna kupuje ubranko. [Do zadań ojca chrzestnego należy zakup świecy] Tradycyjnie też Matka chrzestna kupuje białą szatkę, którą może też, jeśli umie, wyhaftować. Ja polecam wygodne, białe ubranka, takie, w których dziecku będzie wygodnie i nam będzie łatwo je trzymać. Nie sprawdza się nic śliskiego ponieważ trudno utrzymać malucha. Nie polecam becików i innych wynalazków - niewygodne i tyle.
Po czwarte - jak zorganizować imprezę. W przypadku chrzcin najlepszym chyba rozwiązaniem i poproszenie o pomoc rodzinę. Jasne, że można zrobić imprezę na kilka-kilkanaście osób z małym oseskiem przy piersi. Tyla, że chyba nie warto się zarzynać. Można poprosić mamę, teściową, siostrę, przyjaciółkę, a nawet bliską sąsiadkę o przygotowanie zrazów, klopsików, tortu, ciasteczek, sałatek. Jeśli kogoś prosimy o pomoc - zawsze wypada zapłacić za produkty (znajomą i sąsiadkę możemy poprosić o rachunek - czyli co ile kosztowało). Dodatkowym plusem "proszonych" potraw jest taki, że przy obiedzie, czy podwieczorku możemy pochwalić daną osobę i podziękować jej przy wszystkich gościach.
O robieniu zdjęć i takich tam nie będę wspominać. Ale fajnie też, np po podwieczorku rozpakować wszystkie prezenty, odczytać kartki i podziękować jeszcze raz za prezenty - myślę, że to jest bardzo miły gest. Czasem można tez pokusić się o wywołanie kilku zdjęć i wysłaniu ich do gości (np. razem z kartką świąteczną).

niedziela, 15 maja 2011

rodzić z nim czy samemu

Zasada numer jeden - to kobieta rodzi SAMA! Facet może popatrzeć i pomóc, ale to kobieta rodzi. Tekst "rodziliśmy razem" w ustach faceta brzmi nie tylko śmiesznie, ale wręcz żałośnie (wybaczcie faceci). Mężczyzna nigdy nawet nie liźnie tego bólu i zmęczenia jaki odczuwa kobieta. To tyle, o samym porodzie nieco później.


Dylemat "razem czy samemu"  wydaje się być dla nas dość nowy - porody rodzinne wprowadzono stosunkowo niedawno. Jednak w różnych kulturach poród jest niemalże rytuałem, który kobieta odbywa sama (tak! idzie do dźungli i rodzi sama, co ciekawe w absolutnej ciszy), z mężem albo z matką lub też akuszerką, bądź kobietami "które wiedzą".

Argumenty za porodem z mężem:
- pomoc i wsparcie podczas trudnego przeżycia
- docenienie i szacunek dla żony
- większy związek z dzieckiem, już od pierwszych chwil życia
- wspólny udział w narodzinach dziecka

Argumenty przeciw:
- trudne i szokujące dla niektórych przeżycie
- niektórym mężczyznom "krajobraz po bitwie" utrudnia późniejsze życie seksualne

Ja biorą pod uwagę argumenty przeciw chciałam rodzić bez męża. pomyślałam też, że poród to zadanie, na którym JA muszę się skupić maxymalnie i nie będę miała czasu i chęci zastanawiać się co myśli i czuje mój mąż. I w zasadzie nie żałuję. Ale wiele znajomych i moja siostra też zdecydowały się na poród z mężem - i też nie żałowały. Bo mimo wszystko kobieta w szpitalu staje się pacjentem, osobą, która poddaje się regułom instytucji totalnej i ma wykonywać polecenia. Dlatego facet się przydaje - żeby liczyć, dodawać otuchy, wpierać i podawać wodę do picia. Może brzmi trywialnie, ale to ważna rola.
W tej kwestii trzeba zadecydować samemu biorąc pod uwagę zdanie samego męża, relacje was łączące i mnóstwo innych zmiennych. A jakby co to zawsze można rodzić z siostrą lub mamą :)

czwartek, 12 maja 2011

jak skrzywdzić dziecko

Do piaskownicy chodzimy z dziećmi regularnie. Na 15 dzieci, które zazwyczaj się tam bawią codziennie mamy Tristana, Olgierda, Alana, Lawinię (nie, nie pomyliłam się w pisowni...) i dwie Blanki. Do tego stara znajoma nazwała swoje córeczki Nikola i Wiktoria (pisowni nie jestem pewna, może to Nicola i Victoria?). Do tego połowa chłopców co Kubusie, a połowa dziewcząt to Julie.
Ja wiem, że wybór imienia nie należy do najłatwiejszych. Ja akurat wierzę, że imię "ma moc". Lubię męskie imiona z "r" - dają siłę, powera. Pierwsza dwójka była prosta, tylko trzecie dziecko to był dla nas problem. Bo my chcieliśmy  Rysia i kryliśmy się przed rodziną żeby nas nie wyśmiali bo... "Rysio z Klanu". Kiedy mały się urodził różni ludzie w szpitalu byli oburzeni - takie imię? Moja siostra dzień po porodzie dzwoniła żebym jeszcze zmieniła zdanie. Dziewczyny z sali też się podśmiewały, do czasu. Do czasu gdy ostatniego dnia w szpitalu poszłam pod prysznic, a kiedy wróciła zastałam 3 babeczki stojące nad Rychem. Co się stało? - zapytałam. One spojrzały na mnie i wspólnie orzekły, że jednak to jest Rysio, że nie mogę już mu zmienić imienia. Moja siostra też tak stwierdziła.
Imię trzeba wymyślać z głową. To nie tylko kwestia pisowni, możliwości zdrobnień, ale i dopasowania do danej osoby. Dlatego warto wybrać dwa lub nawet trzy imiona, bo może się okazać, że imię nie pasuje do dziecka. Nie pytajcie mnie dlaczego i jak to się dzieje. Ale tak jest. Imiona mają swoje własne życie, swoje znaczenie i mają wymiar prawie symboliczny. Dlatego właśnie kiedyś dawało się imiona po babciach, dziadkach, ukochanych bliskich. Bo ludzie chcieli aby ten nowy człowiek miał w sobie cząstkę tej osoby.
Konkludując - imie powinno brzmieć pomiędzy oryginalnością a codziennością, pomiędzy indywidualnością a społeczną aprobatą. Jasne, że dane imię może się komuś nie podobać, ale uwaga - jeśli nie podoba się nikomu, to rówiesnikom naszego Kądziołka też może nie przypaść do gustu.

środa, 4 maja 2011

co jeszcze przed porodem

Zazwyczaj jest tak, że przed porodem kobiety w ciąży mają trochę więcej czasu. Po pierwsze więcej odpoczywają, po drugie część idzie po prostu na zwolnienia, szczególnie jeśli ma się niebezpieczną pracę (szpitale, chemia, noszenie ciężarów). Statystycznie dużo czasu jest więc na naukę. Ktoś kiedyś powiedział, że homo sapiens to jedyny gatunek, który sam z siebie nie umie zająć się dzieckiem. Coś w tym jest zważywszy jakie standardy sobie nasz gatunek narzucił i na wielość zadań oraz ról jakie potem te małe bobasy będą w życiu pełnić. Statystycznie jest też tak, że kobiety (bo to głównie one dokształcają się, a od żon uczą się mężowie) czytają gazety, oglądają programy i szukają w necie informacji na różne ważne tematy. I to szukanie oraz głód wiedzy trwa najczęściej do osiągnięcia pierwszego roku życia (a szkoda, bo dopiero potem zaczynają się schody). Ja myślę, że w tym głodzie nabywania wiedzy trzeba odsiewać informacje od szumu i reklam. Bo to oczywiste, że w 99% gazet, 99% artykułów jest publikowana na tej samej stronie z reklamami produktów jakich dotyczą. A najważniejsze w tym wszystkim jest nie tylko wiedzieć jak, ale też wiedzieć dlaczego. W jednej gazecie znajdziemy informację, że kobieta w ciąży powinna pić 4 litry wody w tym litr mleka, a w drugiej gazecie już będzie informacja o 3 litrach płynów. I tak jest ze wszystkim. Dlatego warto szukać informacji dlaczego.

Wiedza "dlaczego-tak-a-nie-inaczej" ułatwia nam podejmowanie właściwych decyzji i szukania własnego złotego środka. Trzeba bowiem pamiętać, że kwestie medyczne, biologiczne, psychologiczne i kwestie wartości, które są dla nas ważne, mogą nie być tak samo ważne dla osób piszących artykuły do gazet czy książek. Wszystkie wymienione domeny to nauki, które mają swoje nurty, zwolenników lub przeciwników różnych sposobów. Nie chodzi mi bynajmniej o realizowanie przyspieszonych doktoratów z tych dziedzin, ale raczej o podstawową wiedzę by nie dać się zapędzić w kozi róg wobec osób, które spotkamy w szpitalu po porodzie, rodziców posiadających już dzieci (często w ich mniemaniu posiadających wiedzę absolutną), własnych matek, które wiedzą wszystko (tylko, że ich wiedza niekiedy jest przeterminowana).

Podam taki jeden przykład. SMOCZEK
Zmora szpitali, obiekt wielu dyskusji pediatrów, stomatologów, rodziców, psychologów i w ogóle prawie wszystkich. Biedny kawałek lateksu...
Przeciwnicy uważają, że jest on niepotrzebny, powoduje upośledzenie odruchu ssania, wady zgryzu, próchnicę. Dziecko się przyzwyczaja a potem mu się niuńka odbiera. W szpitalu na smoczki reaguje się wręcz alergicznie (proszę to schować, to jest oddział wolny od smoczków!).
Argumenty za smoczkiem: jeśli dziecko ma odruch ssania, to smoczek mu nie zaszkodzi, a niektóre dzieci mają bardzo silny ten odruch więc wiszą na mamie nie po to aby się najeść tylko po to by sobie possać (wszak ssakami jesteśmy) - efekt - pożarte, zmarynowane sutki. W naszej kulturze dziecko jest blisko matki podczas karmienia, pieszczot i snu, w innych kulturach dziecko jest przywiązane do matki chustą przez dobrych kilkanaście miesięcy, więc poczucie bezpieczeństwa ma w pakiecie startowym z mamusią. U nas w Europie tak nie jest więc wspomagamy się silikonowymi protezami.

Argumenty za i przeciw właściwie się nie kończą. Temat drażliwy i emocjonujący. A ja się pytam dlaczego? Jeśli uważam, że moje dziecko rozwija się poprawnie, ma odruch ssania, ale bardzo silny to czemu nie podać smoczka? Jeśli uważam, że moje dziecko nie potrzebuje smoczka to mu go nie daję. Oba stanowiska są trafne i dobre jeśli wie się dlaczego się je zajmuje. I tyle. A nic tak nie zbija z tropu "krytykantów" jak rzeczowa odpowiedz poparta kilkoma trafnymi stwierdzeniami.


PS: Ja smoka daję dziatkom swoim, ale podziwiam te mamy, które go nie używają. A na wstręty położnych na oddziale odpowiadałam konkretnie "że ja się na smoczek zdecydowałam i to moje dziecko". Tyle w temacie. Przyznam, że z moim pierwourodkiem, który płakał pierwsze dwa dni w szpitalu non-stop, było tak, że położna sama dała mi smoczek!