Witam!

Ja-ja-ko doświadczona nie wiekiem a liczbą dzieci, chcę się podzielić swoją wiedzą dotyczącą wszystkiego co dotyczy maluchów. Ponieważ nie przepadam za "dobrymi radami" - czyli po prostu nie lubię być pouczana, nie traktujcie moich wpisów zbyt dosłownie :)

poniedziałek, 17 października 2011

jeden kocyk żeby nie było zimno, a drugi żeby było ciepło

Nasza wada narodowa. Ciepły letni dzień, mama w bluzce, krótki rękaw, lekka spódniczka sandałki. Dziecko - polarowa czapeczka, kurteczka zapięta pod szyję, przykryte kocykiem po pachy. Dziecko w wózku leży, czerwone z gorąca, ruszać się nie może, albo nie chce bo nie ma siły. To nie jest jakiś wyjątek. I te okropne czapeczki nawet w upalne dni. "Bo dziecko zachoruje, uszy i nerki - wszystko będzie chore"! Ja się nie dziwię, że gdy spocone dziecko wyjdzie z autobusu, czapeczka się podniesie, wiatr zawieje - nagła zmiana temperatur i bakterie się cieszą. Skąd ten szał na ubieranie dzieci jak na zimę syberyjską się bierze - to ja nie wiem. Dzieci nie hartowane, hodowane w sterylnych warunkach, nie mają szansy ćwiczyć swoich układów odpornościowych. Co choroba to antybiotyk, wyjałowione z wszelkich bakterii, nie mają jak się bronić. I ciągle te gile. Cieszą się tylko koncerny farmaceutyczne - co wizyta stówka w aptece zostaje.

poniedziałek, 3 października 2011

Szwecja z katalogu IKEA

Weekendowa wycieczka do Malomoe z Frooszką - nasz urlop macierzyński bez dzieci. Już pierwszego dnia Frooszka zauważyła, że na ulicach i w domach (Szwedzi raczej nie mają firanek w oknach) wszystko wygląda jak z ze zdjęcia w katalogu IKEA. To nie są ustawki z białymi meblami i hordami włóczących się po fotografiach dzieciaków. A na ulicach pełno rowerów, całe rodziny spacerują i przemieszczają się na wszystkim co ma koła. Całe metry sześcienne samców pchających wózki, chodzących z dziećmi do pizzerii czy na lody. Wszyscy uśmiechnięci, normalni. Nie, to nie jest hymn pochwalny - wiem, że Szwecja to nie raj. Chodzi mi bardziej o nastawienie do rodziny czy rodzicielstwa. 15 stopni, park i rodzina na pikniku, dzieciaki biegające i grające w różne gry - jakoś tak lżej na sercu. U nas też nie jest źle - przecież to nie jest Afganistan. ALE... idę na plac zabaw w GDA. Mama nie wejdzie po piaskownicy z dzieckiem bo ma za ładne buty (-mamooo, pobaw się ze mną! - nie będę wchodzić na piasek [cyt.przyb.]), ojcowie zostawiający swoje dzieci w piaskownicy i spie..jący daleko za płot placu zabaw... Smutne to trochę. Mi nie chodzi o to, żeby chodzić za 3-latkiem krok w krok, ale dziecko trzeba nauczyć bawić się, dopiero potem ono bawi się samo i wykorzystuje swoją wiedzę. A mama uczy czegoś innego niż tata. To logiczne i nie mam na myśli uczuć, emocji i tego co zazwyczaj kojarzy się z męskością czy kobiecością, bo mama i tata inaczej postrzegają świat, posiadają wiedzę niezależną od ich płci. Nie jestem zwolennikiem postawienia znaku równości pomiędzy mamą i tatą, choć w Szwecji na ulicy tak to wygląda. Chodzi mi o pokazaniu różnorodności tej związanej i niezwiązanej z płcią. Jabbers przyszedł dziś z misiem pod bluzką i mówi, że urodzi dzidzię. Tłumaczyłam mu, że każdy ma swoją rolę - niektórzy są tatusiami i opiekują się dziećmi, niektórzy są mamusiami i  rodzą dzieci, ale każdy jest dla dziecka czymś ważnym. Nic tak nie smuci gdy ktoś wraca z pracy, bawi się z niemowlakiem a gdy on zaczyna płakać woła do współmałżonka - zabierz go bo on płacze. A przecież można się położyć na kocu z dzieckiem i spróbować się poprzytulać, pozwolić maluchowi na bliskość, nawet gdy jesteśmy zmęczeni.

Wspólne rodzicielstwo jest fajne!

poniedziałek, 5 września 2011

czysto, czyściej, jeszcze czyściej

Od setek tysięcy lat ludzie żyli w brudzie, z robalami, pasożytami i innymi zarazami. Dbamy o siebie tak na serio od 100 lat jak mniemam. I dzięki temu żyjemy dłużej. Ale zapędziliśmy się trochę w "kozi róg". Nadmierna czystość doprowadziła do powstawania alergii, które nie są niczym innym jak nietolerancją naturalnego środowiska człowieka. No cóż, we wszystkim trzeba osiągnąć równowagę.
Podstawowa sprawa - jak działa nasz układ immunologiczny?- To są całe dywizje komórek i infrastruktura istniejąca tylko po to aby poznać wroga i zniszczyć wszystko co może zniszczyć nas. Układ immunologiczny (UI) uczy się - musi poznawać kolejnych wrogów, zapamiętywać ich aby następnym razem działać sprawniej. Oczywiście, gdy rodzi się małe dziecko, jego UI nie jest jeszcze dojrzały, ale za to przeciwciała do walki z wrogiem wysysa z mlekiem matki. Dlatego też niekiedy zdrowe noworodki są superodporne [mój najmłodszy trafił po urodzeniu w sam środek wszelkiego rodzaju zapaleń spojówek, krtani i przeziębień wśród członków rodziny, a przez pierwsze pół roku był zdrów jak ryba, oczywiście chroniliśmy go, ale przecież wirusy i bakterie były w powietrzu]. Nie zawsze infekcje omijają maluchy, to oczywiste - niedawno słyszałam o matce, która miała herpesa na ustach i pocałowała nowonarodzoną córeczkę, co spowodowało u dziecka ciężką posocznicę, w wyniku której dziecko zmarło. Ale takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko. Konkludując, malucha trzeba chronić, ale też nie nadmiernie - już po urodzeniu kładzie się go przecież na brzuchu mamy aby "domowe" bakterie zasiedliły ciało dziecka. Niemowlakowi należy wyparzać smoczki, butelki - o tym chyba nie trzeba się rozpisywać. Jestem natomiast przeciwnikiem sterylizowania wszystkich zabawek i całego otoczenia. Wtedy właśnie, wraz z rozwojem dziecka układ odpornościowy musi się ćwiczyć. Kurz, roztocza radośnie szalejące po naszym mieszkaniu nie są przecież wrogami rzędu wirusa grypy. Natomiast nie bardzo rozumiem sens wyparzania każdorazowo smoczka czy butelki u dziecka, które zaczyna raczkować. Przecież i tak liże wszystko, bierze paluszki do buzi, a co gorsza ląduje w niej cała gama materii nieożywionej (łącznie z petami, kapslami na spacerze), bądź ożywionej - koty, psy, robale i pająki (no ponoć to możliwe, że dziecko zawija każdego napotkanego ośmionoga do paszczy).
Dla nieprzekonanych i uznających, że dziecko można oduczyć lizać klocki, piłki, liście i ślimaki. Wyobraźmy sobie typowy dzień. Wracamy z zakupów. Zdejmujemy buty, zakładamy kapcie. Wszystkie riketsje, pył z podwórka, kawałki odchodów ptasich i psich na naszych butach lądują w przedpokoju, w którym ubieramy kapcie - przenosimy więc część podwórkowej flory i fauny na dywan, na którym rozkosznie bawi się bobas. Przenosimy zakupy do kuchni, myjemy ręcę, po czym wyjmujemy zakupy - ile tam jest kolonii bakterii? Przecież ludzie, którzy przenosili i układali towar w sklepie niekoniecznie myli ręce, a może ta czy inna puszka spadła na ziemię.  A potem tymi samymi rękami przygotujemy dziecku butelkę, którą to dziecko wraz z żyjącym inwentarzem weźmie do swoich rąk. Ale dalej - dzwonek do drzwi - listonosz. Czystymi rękami dotykamy klamki, którą wcześniej dotykaliśmy brudnymi rękami (które trzymały się poręczy w tramwaju, wózków sklepowych i wybierały marchewkę w sklepie). Bierzemy list, który przebył 100 km w różnych warunkach, podpisujemy się długopisem, który codziennie trzymają setki ludzi niekoniecznie z certyfikatem czystości. Wracamy do dziecka i bawimy się z nim. Całe rzesze nieprzyjaznych istot zaludniają w tym czasie zabawki i dziecko. [Akurat jak po listonoszu myję ręce bo sama widziałam jak się odlewa w przyosiedlowych śmietnikach]. Tak, to tylko tak dla zobrazowania. O dziecko trzeba dbać, dom trzeba sprzątać i co jakiś czas umyć zabawki. Ale chyba nie można w tym wszystkim popaść w paranoję. Jeśli ma się w domu alergika to już inna sprawa - czyścić trzeba częściej, ale nie uważam, że trzeba wszystko odkażać jak radzą nam w reklamach takich cudownych sprayów.
Oczywiście jeśli ktoś musi bo ma taką potrzebę, to przecież nikt mu nie zabroni. Warto jednak logicznie podejść do niektórych spraw, bowiem choroby i wszystko co się wiąże z dobrostanem naszych dzieci jest nieodłącznie naszpikowane emocjami, naszymi własnymi lękami i poczuciem odpowiedzialności.
Zatem musimy zdecydować czy UI naszego dziecka ma iść do szkoły czy jechać na wakacje...


poniedziałek, 4 lipca 2011

sprawiedliwy podział obowiązków

Coś takiego nie istnieje KROPKA
Ale, że pisać dalej trzeba dalej mianowicie następuje:

Wracamy do domu z małym człowiekiem. Z istnieniem ludzkim, które wcale nie ma dwóch dni jak wskazuje metryka. Ten mały człowiek ma 9 miesięcy. W łonie matki ukształtował się cały. Umie ssać, łykać, płakać, poruszać rękami, nogami. Ćwiczył to wszystko w ochronnej atmosferze macicy w zmniejszonej grawitacji, zatem jak na starcie umie już dużo. Pierwsze dni jak koty - za płoty. Maluch zmęczony porodem, ssaniem, które jest dla niego nie lada wysiłkiem - dużo śpi. Baaa, ale to nadal jest odrębny człowiek, którego trzeba się nauczyć!!! Kiedy je, ile je, jak długo śpi i kiedy, jakie lubi pozycje odpoczynku - niby kilka czynności, a przecież zajmuje mu to całą dobę.

Maluchy jedzą jak chcą. Jamba jadła zegarowo co 3 godziny, żywiła się godzinę bo zasypiała w trakcie seansu karmienia. Jabbers jadł co 2 godziny, ale najadał się w 15 minut. Jabulani stołował się co 3 godziny po 40 minut-każde inaczej. Również w nocy bywało różnie. Ja jestem nocnym markiem, więc wstawanie co 2-3 godziny w nocy to pestka, ale po 5 nad ranem nie odbierałam sygnałów ze świata zewnętrznego. Dlatego "sprawiedliwy" podział obowiązków jest kwestią subiektywną i do-dopracowania-w-związku. A każdy ma inaczej. Warto jednak zadbać o wspólną opiekę nad maluchem, tym bardziej, że jeśli mąż wychodzi na piwo, to dlaczego szanowna małżonka nie miałaby wychodzić? Kwestię karmienia rozwiązywałam następująco. Wychodziłam "na miasto" zaraz po karmieniu lub zostawiałam trochę pokarmu lub po prostu sztuczne mleczko. Wracałam po 2-3 godzinach więc problemu generalnie nie było. Ale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie kobiety maja ochotę wychodzić. Ja przecież też nie wypuszczałam się z domu codziennie. Mimo wszystko fajnie jest zarezerwować dla siebie, czyli dla siebie, ale i dla męża, część życia "bez pieluch". Nie chodzi mi o odrzucenie dziecka, o imprezowanie w tydzień po porodzie, tylko o normalne podejście do sprawy. Jest dziecko, OK, ale jestem ja, ale jesteśmy też my - ja i mój mąż. To wszystko są odrębne światy - jak klocki. Przyjście na świat trochę burzy stary układ, więc trzeba wszystko na nowo odbudować, a najlepiej tak aby nie wyrzucać żadnego z klocków, tylko je trochę poprzestawiać.
Miało być o obowiązkach - i było, tylko, że pomiędzy wierszami :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

to co cóż ze szpital

Lądujemy na oddziale z maluchem przyssanym do piersi, albo przyniosą go nam za jakiś czas na karmienie. Taki osesek ssie na początku chyba tylko dla ćwiczenia. Przecież jeszcze chwilę temu był podłączony do źródła żywienia, to chyba w godzinę nie zgłodniał. Oby tylko ssał, jeśli ssie, pół kłopotu z głowy - ma ten cudowny odruch. Jeśli ma okrojony pakiet startowy trzeba się trochę namęczyć.

Uwaga - nie wstajemy same z łóżka!!! po raz pierwszy!!! choćby nie wiadomo co! czekamy na położną, męża, siostrę, kogokolwiek, lub prosimy kumpelę z pokoju żeby po położną się udała z prośbą.
Uwaga - dziecka nie nosimy po oddziale na rękach, tylko wozimy w wózku!!!
Uwagi może głupie, ale niekiedy chronią przed tragedią.

Powtórka:
Po porodzie nie czuje się potrzeby sikania, jednakowoż zalecam chodzenie do łazienki, nawet nie wiecie jak pojemny jest znów ten pęcherz... Każda wizyta w toalecie jest okazją do skorzystania z dobrodziejstw medycyny - czytaj woda z Tantum Rosa. Obowiązkowo wietrzymy ranę leżąc w łózku.
Problem pojawia się gdy na oddział mogą wchodzić goście. Bo są takie rodziny, które tłumnie i długo zalegają przy łóżkach, że aż nerw bierze. Ani się wsypać, ani wietrzyć, ani dziecko karmić. Uprzedzamy naszych gości, że mogą ewentualnie przyjść na chwilę, chyba, że mąż alboco. Ja w ogóle gości żadnych sobie nie życzyłam, tylko mąż albo siostra czy mama na 5 min.

Pobyt w szpitalu najlepiej wykorzystać na spanie i naukę tego czego jeszcze nie wiemy. Więc każde pytanie o karmienie i dziecko i nasze samopoczucie warte jest tego, żeby zadać je położnym. Nie wstydzić się pytać, przychodzić nawet o 1 czy 4 nad ranem. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby położna nie pomogła. NAPRAWDĘ PYTAJCIE! Nie wstydźcie się. Jednego razu całą noc nie przespałam, bo mały nie mógł się najeść. Rano okazało się, że to przez kroplówkę i normalna sprawa - nie miałam pokarmu. A mogłam iść do położnej w nocy, tylko głupia uznałam, że przy trzecim to już mnie nic nie zagnie.

Traumatyczne przeżycie dla wielu kobiet? Sposób kąpania dzieci przez położne. Wrażliwe serca niektórych mam nie mogą znieść trzymania noworodka na jednej ręce  i ekspresowe obmycie ciałka pod kranem. Ale cóż, tak trzeba, szybko, sprawnie i na temat, a po kąpieli dzidziuś i tak ląduje w odziane w ręcznik ręce mamusi.

Naczelna zasada młodej matki "DZIECKO ŚPI, MAMA ŚPI". Radzę przestrzegać i dużo leżeć po porodzie, nawet w domu. Bo jak mawia moja mama "macica musi się zwinąć"!

piątek, 10 czerwca 2011

czas, już czas....

Na kilka tygodni przed porodem pojawiają się tak zwane 'skurcze przepowiadające". Przypominają one te podczas miesiączki i można odczuć twardnienie brzucha. Trwają kilkadziesiąt sekund i powtarzają co kilkadziesiąt minut, po czym znikają. Macica w ten sposób przygotowuje się do porodu. Ale nie należy się nimi przejmować, chyba, że pojawi się jakieś krwawienie lub skurcze nasilą się. Torbę mamy spakowaną, dyspozycje rodzinie wydane, pokój dla malucha urządzony, słowem czekamy na ten dzień. Przy pierwszym porodzie zawsze jest ten strach - czy będę wiedziała, że to już. Uwierzcie mi, jak już się zacznie to na pewno będziecie wiedziały. Może nie powinnam tu pisać o porodach w ogóle, tylko o swoich, ale to za chwilę. Jeśli nie ma przeciwwskazań (tzn ciąża nie jest zagrożona, a my czujemy się generalnie dobrze) to radzę zostać jak najdłużej w domu - do czasu aż skurcze będą pojawiać się co 15 min. Ma to o tyle znaczenie, że po pierwsze,  pierwiastkę i tak odeślą do domu (mnie odsyłali przy pierwszym porodzie 2 razy:), a poza tym szpital to miejsce dość specyficzne. Nie jestem zaciekłym wrogiem lekarzy, położnych czy pielęgniarek, wręcz przeciwnie. ALE... Ale w momencie wejścia na salę porodową jesteśmy pacjentkami, której każe się robić to lub tamto. Musimy słuchać tego co nam mówią, wykonywać polecenia i każda osoba z personelu jest "nad nami" - a ma to swoje pozytywne i negatywne strony. Oznacza to mniej więcej tyle, że wspaniała położna może naprawdę pomóc, a innym razem może wystraszyć lub zdenerwować. Po drugie w domu, jesteśmy u siebie, możemy wziąć prysznic kiedy tylko chcemy, wypić herbatę, możemy przyjmować dowolne pozycje podczas skurczów (ja notorycznie stawałam naprzeciw ściany, opierałam się rękami i dreptałam w miejscu). tylko ostrzegam, że na szkole rodzenia nie byłam, więc piszę tylko o tym co ja przeżyłam, co by mnie ktoś nie pozwał o narażenie zdrowia lub życia.
Idziemy dalej... Jeśli wasz wybrany szpital nie przeprowadza lewatywy, to proponuję przeprowadzić ją samemu. Dziecko działa bowiem jak tłok strzykawki - popycha wszystko co ruchome do przodu. Natura trochę ułatwia życie, bo podczas kurczów często kobiety dostają biegunki, ale ta lewatywa jakby źle się nie kojarzyła, naprawdę pomaga. Ale nie stresujcie się tym nawet w szpitalu. Tam ludzie pracują z porodami na co dzień więc nic ich nie zaskoczy. Znajomy ratownik opowiadał kiedyś, że wieźli do porodu kobietę, która cały czas..... sikała. To nie były wody płodowe. No cóż, zdarza się. A co do wód płodowych to na trzy porody tylko raz mi odeszły w domu, a konkretnie w nocy.
Dobra, skurcze mamy co 15 minut i zmykamy do szpitala. Nie radzę ubierać spodni - nigdy nie wiadomo co będzie dalej. Jedziemy na izbę przyjęć - tam skierują nas na trakt porodowy. Przy drugim porodzie nie dałam się odesłać z powrotem, więc na porodówce spędziłam dwie godziny. Nie musiałam cały czas leżeć, więc chodziłam lub siedziałam, ale czasem można także wziąć prysznic. Kiedy skurcze pojawiają się co 5-3 minuty to nie ma rady trzeba się położyć. A potem czas jakby stoi w miejscu, ale wydaje się jakby jednak przyspieszał. Co prawda moje porody nie były traumatyczne i długie, więc się nie porównuję do kobiet, które naprawdę się nacierpiały. Bo udało mi się urodzić już z 2-3 skurczem partym. I to jest o tyle ciekawe, że mam dość wąskie biodra, a moja mama miała ciężkie porody. Powiem jedno - gdy dziecko już się urodzi, to naprawdę nie czuje się bólu. NAPRAWDĘ! Jeśli położna nacięła krocze to będzie szycie. Profilaktycznie można poprosić o znieczulenie, które zazwyczaj podaje się podczas szycia standardowo, ale cóż - lepiej się upewnić. Można także zapytać się lekarza o ewentualne rozmiary zniszczeń. I powiem wam szczerze - poproście lekarza o zszycie tak aby później nie było problemów ze współżyciem. A więc - jeśli nasz mężczyzna jest bardzo hojnie obdarzony, lub wręcz przeciwnie - lepiej powiedzieć o tym lekarzowi. Mi lekarka po drugim porodzie zrobiła "prezent dla męża" - czy zszyła dość ciasno. Ale z kolei koleżanka narzekała, że została zszyta za ciasno, więc potem był problem.
No właśnie - z personelem medycznym trzeba współpracować, ale czasem też trzeba być asertywnym. Podczas pierwszego porodu, który trwał na sali 7 minut, bo przybyłam na ostatnią chwilę, pani położna krzyczała, że za szybko rodzę (sic!) i rzeczywiście o mały włos a Jamba spadłaby na podłogę bo po prostu wyskoczyła nagle, a panie nie były na to przygotowane. Nie było sensu się kłócić. Ale przy drugim porodzie podeszła do mnie pani doktor z jakimś młodym stażystą. I pani doktor nagle opuściła na płasko mój zagłówek (chciała zrobić USG). Zapowietrzyło mnie, przecież nie jestem kawałkiem mięsa! Lekarka trochę się przestraszyła i zapytała czy jest mi słabo. Odpowiedziałam, że nie, tylko nie jestem przygotowana na takie traktowanie. Czasem trzeba być asertywnym i tyle, ale czasem można odpuścić.

Resztę wiecie na pewno z książek i gazet czy opowieści. Dodam tylko, że w MOIM odczuciu poród to nie jest jakaś metafizyka, magiczne zdarzenie, cudowne przeżycie transcendentne czy inne cóś. To jest zadanie, ciężka praca, którą trzeba wykonać aby przytulić maluszka.

Po porodzie lekarze wszystko jeszcze raz zbadają, zważą i zmierzą a potem jeszcze godzinna obserwacja. Nie można wtedy spać, to naprawdę ważne ponieważ w razie krwotoku stwarza to zagrożenie życia. W niektórych szpitalach na czas obserwacji dziecko zabiera się, ale najczęściej mama może je już karmić :)
A potem na oddział. I jeszcze coś na wypadek gdybym zapomniała. Po porodzie nie czuje się parcia na pęcherz. Ja tego nie wiedziałam i dopiero po kilku dobrych godzinach pomyślałam, ze może pójdę do toalety - jejku, nie mogłam się wysikać, a wcale nie czułam że mi się chce. Po prostu przez kilka ostatnich miesięcy pęcherz był tak ściśnięty, że w trakcie porodu i po nim, po prostu głupieje!

 Co do znieczuleń i cięć cesarskich. Znieczulenia są dobre dla kobiet naprawdę wrażliwych na ból. Moja siostra rodziła ze znieczuleniem i mówiła, że i tak czuła ból, a poród bez znieczulenia trwałby ze 2 godziny krócej (siostra jest pielęgniarką i to super dobrą, więc się zna). W każdym razie to nie jest tak, że nic się nie czuje i jest super. A niekiedy akcja porodowa po znieczuleniu ustaje. Odnośnie cięcia cesarskiego, to wcale nie wzięło się od Cezara. W starożytnym Rzymie wykonywało się cięcia (czyli ceasare) jeśli kobieta umierała, żeby chociaż dać szansę dziecku na przeżycie. A jak wiadomo matka Juliusza Cezara żyła jeszcze po jego urodzeniu. Otóż to nie jest tak, że poddamy się cięciu, wyjmą nam dziecko i jest super. To jest bardzo poważna operacja z nacięciem powłok brzusznych.Rehabilitacja po takim cięciu jest zazwyczaj dłuższa i naprawdę utrudnia opiekę nad dzieckiem. Ale oczywiście niekiedy cesarka jest jedynym wyjściem. Ciekawe, że dzieci urodzone przez cięcie maja inny kształt czaszki i inaczej zachowują się po urodzeniu. Niektóre dzieci mają "nieodczuloną twarz" - nie lubią przytulania, głaskania, pluszaków i misiaczków to tulenia. Z czasem na szczęście to przechodzi. Dodam jeszcze tylko, że to nie tak, że jestem przeciwna zdobyczom medycyny. Myślę jednak, że natura pracowała nad porodami ssaków przez dobre kilka milionów lat, więc tu wszystko ma znaczenie - nawet rzeczy najbardziej wydawałoby się błahe i bez znaczenia.

  Jakbyście chciały się dowiedzieć coś jeszcze to zadawajcie pytania, odpowiem na wszystkie.

niedziela, 29 maja 2011

torba do szpitala

No cóż, przychodzi taki czas, że ma się już dość tego brzucha i chce się już urodzić. Zaraz za tymi myślami czai się strach - jak to będzie, czy dam radę, czy wszystko będzie dobrze. Poród to zadanie do wykonania, trochę jak w wojsku. Zatem miesiąc przed porodem trzeba po prostu spakować torbę.
Dla mamy zabieramy: dwie koszule nocne (nie za długie, z rozpięciem pod szyją), klapki (nie polecam kapci chyba że po powrocie do domu je wypierzesz), narty (czyli w położniczym slangu wieeeelkie podpaski), jednorazowe majty - dwie lub trzy pary (kosztują kilka złotych w aptece), ręcznik, kubek, sztućce, wodę do picia, przybory kosmetyczne (jak wiadomo szampon, mydło, krem, szczota do zębów) i co tam jeszcze chcecie do czytania, słuchania itp. Z reguły to w szpitalu się chce głównie spać i patrzeć na malucha, ale poczytać coś lekkiego też można. Dla przyszłych mam proponuję także własny patent. Zabieramy ze sobą butelkę po małej wodzie mineralnej ale z wodą przegotowaną, oraz 3-4 saszetki Tantum Rosa. Po porodzie wsypujemy saszetkę do butelki i w trakcie każdej wizycie w toalecie, siedząc na toalecie można ulżyć najbardziej zmęczonym organom chłodną wodą z TR. To naprawdę pomaga i działa. Ale wasz wybór, w niektórych szpitalach nawet ten mały rytuał nie jest mile widziany, bo "należy myć się tylko wodą z mydłem".
Dla dziecka pakujemy: 2-3 body i tyle samo pajacyków, około 10 pieluch jednorazowych, kilka tetrowych (do karmienia, odbijania), smoczek jeśli chcesz, w lato czapeczka może być zbędna, rękawiczki na łapięta, 2 pary skarpetek, ręcznik, kremik do pupy, chusteczki jednorazowe. Proponuję nie brać za wiele rzeczy bo potem ciężko znaleźć w torbie, a mąż i tak potem doniesie pieluchy i inne brakujące rzeczy. Nie polecam także zabierania najpiękniejszych ubranek, bo smółkę naprawdę trudno wyprać, a uwierzcie mi - maluch może się usmarować po uszy.
W każdym szpitalu (ja zwiedziła trzy różne) są inne zwyczaje - w niektórych dostaniesz wszystko - od ubranek po narty, w innych nie dostaniesz nic, a problem może być nawet jak nie będziesz miała kubka do picia... W każdym szpitalu panują też inne reguły. Ale jest kilka zasadniczych niezmiennych. Zaraz po porodzie, szczególnie pierwszym sama nie wstajesz z łóżka, najlepiej poprosić o pomoc pielęgniarkę. Nigdy też nie chodź z dzieckiem na rękach po korytarzu, od tego są wózki, a nigdy nie wiadomo czy nie zakręci ci się w głowie i nie upadniesz z maluchem. Dlatego dziecko wozi się w wózkach. Trzeba też pilnować bransoletek na rączkach i nóżkach bo niekiedy spadają. W niektórych sprawach trzeba walczyć o swoje. Spotkałam się zakazem smoczków na oddziale (ok, nie są niezbędne dla wszystkich, ale czasem trzeba być asertywnym i wytłumaczyć, że "ja akurat dokonałam takiego wyboru"), z zakazem używania Tantum Rosa (tu akurat mogą mi naskoczyć), w jednym szpitalu niechętnie patrzono na to, że jem banany bo są pryskane... Ale cóż - czasem trzeba słuchać, czasem trzeba robić swoje. Dla wyjaśnienia - nie jestem przeciwko personelowi medycznemu - większość lekarzy i położnych to sensowni ludzie i bardzo pomocni, tylko czasem nadmiar roboty lub zły dzień naprawdę daje w kość. A czasem po prostu się trafi jakiś burak - ale to jak wszędzie. Na razie tyle, ale następnym razem to już będzie hardcore o porodzie...