Witam!

Ja-ja-ko doświadczona nie wiekiem a liczbą dzieci, chcę się podzielić swoją wiedzą dotyczącą wszystkiego co dotyczy maluchów. Ponieważ nie przepadam za "dobrymi radami" - czyli po prostu nie lubię być pouczana, nie traktujcie moich wpisów zbyt dosłownie :)

sobota, 10 listopada 2012

przypominajka

Oj, dawno już mnie tu nie było. A wszystkiemu winne lato, lenistwo i powrót do pracy zawodowej. Ale już się naprawiam i przypominam o dzieciach, pracach ręcznych i oczywiście o sobie.
Jesień jak wiadomo nie obfituje w kwiaty, motylki i ptaszki. Ale można to zmienić i to bardzo szybko. Proponuję dzieciom zrobić piękny ogród, który ucieszy mamę, tatę, ciocie i dziadków.

Z kolorowego papieru, najlepiej sztywnego, wycinamy (lub rysujemy dziecku, a ono wycina) kontur wybranej części przyrody ożywionej. Następnie z kolorowych papierów dzieci, nawet te najmłodsze, wycinają paseczki (ok 1x3 cm), kółeczka różnej wielkości, albo inne kształty. Można także użyć bibuły, waty albo skrawków materiału.

Kwiatki -  jedną stronę dużego koła, lub innego kształtu, smarujemy klejem i naklejamy płatki tak, aby wystawały poza koło. Następnie do tej samej strony przyklejamy np. taśmą patyczek od lizaka. Do nakrętki po plastikowej butelce wkładamy kawałek plasteliny i mocujemy kwiatek w doniczce.






Ptaszki - kolorowe paseczki papieru będą piórkami ptaka. Choć w niektórych sklepach papierniczych można kupić prawdziwe piórka - dla dzieci będzie to niezła frajda.Naklejamy je tak, aby piórka wystawały poza kształt ptaszka.



Następnie z jednej strony przyklejamy taśmą patyczek od szaszłyka. Jest on na tyle długi, że można wsadzić takiego ćwirka do doniczki. Można by pomyśleć, że do domu zagościły wesołe i przekorne ptaszki. Podobnie można zrobić motylki.





Miłej zabawy. :)



niedziela, 6 maja 2012

bal maskowy

Dzieciaki lubią się przebierać. Niekiedy chodzę do Używaniego gdy jest -50% i kupuję śmieszne kapelusze, przebrania, dziwne czapki, sukieneczki baletnic, ciekawe szmaty, które można przerobić na stroje indianina, królewny czy tygrysa. Moje maluchy wiedzą, że w każdej chwili mogą zaczarować się w postacie z bajek. Pamiętam boom na smerfy. Kupiłam niebieski bluzki, białe prześcieradło i uszyłam im całkiem smerfne ubranka. Ale gdy się nie ma maszyny do szycia można wykorzystać papierowe talerze.

Przecinamy talerz na pół i wycinamy miejsce na nos i oczy. Możemy takie maski ozdobić sami, albo dać wyżyć się dzieciom. 

Jamba z Jabbersem ozdabiali swoje sami. Wybrali klowna i księżniczkę. Ja wycinałam z kolorowych papierów różne kształty, a one wybierały gdzie je przykleją. Ostatecznie dodali jeszcze kilka naklejek. Przyczepiłam gumki za pomocą zszywacza i zabawa gotowa. Niestety księżniczka nie przetrwała zabawy, ale i tak było warto. :)

czwartek, 26 kwietnia 2012

mała syrenka

... [Stara Królowa] włożyła jej na włosy wianek z białych lilii (...) a potem przymocowała księżniczce do ogona osiem dużych ostryg na znak jej wysokiego pochodzenia.
 - To boli - powiedziała syrena.
- Trzeba cierpieć aby wyglądać godnie - odpowiedziała babka.
Ach, jakże chętnie mała syrena zrzuciłaby z siebie ten cały przepych i pozbyła się ciężkiego wianka; czerwone kwiaty z jej ogródka ozdobiłyby ją o wiele ładniej, ale nie odważyła się tego zrobić.

H. CH. Andersen "Mała syrena"

Tak, dla piękna trzeba cierpieć. Gdy widzę te wychudzone, zagłodzone dzieweczki na wybiegach, to właśnie tak myślę. Że każdy dodatkowy kilogram oznacza wielkie nagłówki w gazetach. Od kilku lat można śledzić na TLC program "Mała piękność". Ja nie wiem, ale mam wrażenie, że to dla wszystkich normalnych ludzi jest szok jak można wyhodować (bo chyba te dziewczynki nie są wychowywane) małą miss. Ja mam wrażenie, że wszystkie relacje w rodzinie "miski" są podyktowane kolejnym konkursem. Tata, babcia, ciocia, mama, córka, syn - wszyscy gadają o strojach, układach i zbierają się pod ołtarzem chwały z za dużymi koronami i trofeami wielkości taty. Ja przepraszam, ale widok katowanych dziwnymi fryzurami, niewygodnymi strojami i sztucznymi rzęsami dziewczynek mnie do głębi oburza. A gdy "pacze" na dziewczynki w strojach, których nie powstydziłaby się dorosła tancerka klubu go-go, zastanawiam się, czy ludzie zupełnie już odeszli od zmysłów. Taki styl życia uosabia prawdziwy "american dream", ale dla mnie to pachnie jakimiś poważnymi zaburzeniami u rodziców. Już nawet obwołanie tych matek i ojców potworami, nie zrobiłoby żadnego wrażenia. W zeszłym miesiącu jeden z amerykańskich prezenterów zaprosił matki z córkami, które występują w tych konkursach i kazał im ubrać się dokładnie tak samo, ale rodzice tylko cieszyli się, że uzyskują rozgłos. Przyznali się też do szpikowania dzieci napojami na bazie cukru i kofeiny. "Ale nie na każdym konkursie" - dodają. Dla mnie prawdziwymi potworami, pedofilkami są panie z jury. Dzisiaj usłyszałam, że miss powinna "mieć makijaż, fryzurę, opaleniznę i piękny kostium". OPALENINZA u 2- latki?!? No bo chyba nie chodzi o naturalny kolor skóry po wakacjach. Widok tych małych dziewczynek, które zamiast bawić się lalkami siedzą wypindrzone wiele godzin i muszą odpowiadać przy mamie jak się świetnie bawią - SZOK.


Byłam ostatnio z Jambą (5.5 l) i Jabbersem (4.l) na targach przedszkolaka. Pani z firmy kosmetycznej podeszła do mnie i zapytała czy Jamba nie chce wziąć udziału w konkursie piękności. Za zgodą córci poszłyśmy  na ten konkurs. Jamba była ubrana w grube, bordowe rajstopy, brązową bluzeczkę i dżinsową princeskę - szału nie ma. Ale pomyślałam, że warto poćwiczyć u niej odwagę. Dziewczynek dziesięć, w tym cudna 2.5 latka, która nie tylko pięknie się wysławiała, była ładnie ubrana, ale także odpowiadała na zagadki (mój Ryś ma dwa lata i mówi 4 słowa...). Kilka słów do mikrofonu i  dziewczynki miały bez lusterka pomalować sobie usta szminką (wszak to kampania reklamowa kosmetyków). Jamba stała z rozkraczonymi nogami i robiła tak dziwne miny, że pomyślałam sobie "moja prawie 6-cio letnia córka wygląda jak dziwoląg, który nie wie co to uśmiech". Hehe, akurat Jamba wygrała. Została miss - dostała plastikową koronę i kilka gadżetów, w tym mały perfum, który okazał się najcenniejszym trofeum. Podobał mi się ten konkurs, ale nie dlatego, że Jamba wygrała. Zgodziła się głównie dlatego, że pani obiecała jej, że będzie malować się szminką. Ale dziewczynki były naturalne, zwykłe, takie dziewczęce i nie były do niczego zmuszane. Żaden rodzic nie zachowywał się jak sęp nad ofiarą.

Miłość i rozum - dwa najpiękniejsze atrybuty rodzica


niedziela, 15 kwietnia 2012

papier-mache'

Masa papier-mache' ("Jak to zrobić" Trish Kuffner)
6 szklanek wody
1/4 szklanki mąki

Wodę (5 szklanek) zagotować, mąkę w pozostałej części wody rozmieszać, dodać do wrzątku i szybko mieszać, gotować 2 minutki. Wystudzić. Drzemy gazetę na małe kawałki (około centymetra- ew. dwóch). 
Z tej oto masy i kawałków papieru można wyczarować różne rzeczy, różniste. Mamy taki np. balon - tak! nadmuchany. Smarujemy pseudo-krochmalem balon, okładamy papierkami - i tak czy warstwy (o matko, co ja pacze!). Czekamy aż wyschnie, spoko, to  trochę trwa. Po kilku sesjach mamy super twardy papierowy balon, co go można zużyć do"zabawy, dekoracji itd. Można go pomalować, przerobić na kurkę, króliczka czy rybkę. Nasza może nie jest drastycznie-artystyczna, ale za to własna

















Ostatnio jakoś nie mam napędu do publikacji, więc dodam drugi tip na zabawę. Pamiętacie za PRLu były takie laleczki tekturowe, które ubierało się w  papierowe ubranka? Ja to uwielbiam zabawowe wspomnienia z dzieciństwa i co jakiś czas raczę nimi moje maluchy.

Rysujemy więc na kartonie kontur ludzików - dziewczynki i chłopca. Odrysowujemy te same kontury na różnokolorowych papierach i wycinamy w ramach tych obrysów koszulki, spodenki itd (czytaj wymarzona garderoba). Chodzi o to, żeby ubranka idealnie pasowały na dzieci. Musimy ich trochę powycinać żeby było z czego tworzyć. Na tych ubrankach dzieci mogą rysować lub malować wzory, ewentualnie naklejać elementy z samoprzylepnego papieru, lub zwykłych wycinanek. Nie można też zapomnieć o fryzurkach dla naszych modeli.






A teraz zostawiamy dzieci same. Przypomnijmy im tylko, żeby papierowe laleczki były kompletne (z oczkami, minkami).




Nie muszę dodawać, że po oficjalnej części zabawy dzieci-dzieciom dorysowały wywalone jęzory...


Uwaga: W każdej książce z ozdobami i zabawkami z papieru dla dzieci (podobnie jak w książkach kucharskich), niedoskonałości wyrobów nie uświadczycie. Wszystko jest zawsze idealne, w cudownych, czystych kolorach. A teraz ZONK! u mnie tak nie jest. I wcale nie jest mi przykro z tego powodu. Jeśli Jamba rysuje po raz 20-ty kartkę na czarno to zwrócę jej uwagę, żeby używać innych kolorów, ale zazwyczaj mają wolną rękę. Właśnie dlatego nasze wyroby wyglądają dość siermiężnie, ale są autentycznie NASZE!

niedziela, 4 marca 2012

Muffinki - to co tygryski lubią najbardziej

Tak, zdecydowanie! Grzebanie w kuchennych szafkach i szufladach, sprawdzanie właściwości fizykochemicznych mąki, cukru i jajek - to jedne z najulubieńszych zabaw dzieci od wczesnego dzieciństwa. W zasadzie miska z chochelką to lepsze zabawki dla roczniaka niż piłka i klocki. Dlatego wprowadziłam zabawy kuchenne do stałego repertuaru.

Więc zaczynamy muffinkowanie.  Każdy ma swój przydział, ponieważ dzieci kucharzących mam na razie dwójkę. Kiedy jeden krasnal miesza suche składniki, drugi maluch miesza składniki mokre. Potem po kolei układają papierowe foremki w formie, mieszają gotowe ciasto. Następnie dzielę ciasto na dwie części i do jednej dodaję kakao. Dzieciaki małymi łyżeczkami wkładają płynną masę do foremek i do piecaaaaa.



Kolejnym krokiem jest lukrowanie babeczek. Aby urozmaicić lukrowanie (które niekiedy zmienia się w wyjadanie) do jednej miseczki dodaję trochę truskawkowej galaretki, zalewam łyżeczką gorącej wody i wtedy dodaję cukier puder - mamy więc czerwoną glazurkę. Niedawno, podczas pobytu w Niemczech kupiłam dość tanie barwniki, bo w Polsce ciężko je znaleźć.

Z uwagi na dość pokaźną liczbę miłych pań w naszych ulubionych sklepach, a także gratisy jakie Jamba i Jabbers otrzymują, staramy się odwdzięczyć i obdarowujemy nasze panie sprzedawczynie naszymi muffinkami. Co prawda babeczki nie zawsze wychodzą, ale radości i dumy jest co niemiara! Polecam, choć potem to sprzątanie...

czwartek, 16 lutego 2012

podusia

Taki mały pomysł na stary stary sweter. Czasem dzieciaki bawią się na podłodze, a my boimy się, że się zaziębią, albo jest im niewygodnie. Bierzemy zatem sweter stary, odcinamy rękawy w odległości 15 cm od korpusu i zaszywamy. Z części rękawa robimy ogonek i przyszywamy do dolnej części. Zapinamy sweter, zaszywamy do końca, aż kołnierzyk utworzy "ryjek". Z jasnego materiały wykrawamy kółka na oczy i robimy kulkę z kolorowego materiału na nosek. Przyszywamy do całości i mamy super-ekologiczną, wygodną poduszkę lub jak kto woli w razie potrzeby "karny jeżyk".




Wdzięczny, co nie?

środa, 25 stycznia 2012

niecałkiem prawdziwe historie

Często zdarzają się nam dziwne problemy, które ciężko zobrazować dzieciom. Sięgamy wtedy po bajki i opowieści, które mogą nam pomóc. "Nie rozmawiaj z nieznajomymi" - bajka o Czerwonym Kapturku; "Nie bądź chciwy" - Jaś i Małgosia; itd. Przypomina mi się też pewien sposób na nauczanie dzieci z trudnościami w liczeniu. W tej koncepcji to dziecko uczy liczyć misia, a więc błędy popełnia miś, a nie dziecko, które i tak doświadcza wielu niepowodzeń szkolnych.

Proponuję więc żebyśmy sami lub z dzieckiem wymyślali historie, które wszystkim ułatwią życie.
Oto moja wymyślona bajka o Niechcieju.



I kolejna historia



Jak to zrobić - moja wersja.
Malujemy coś na kształt pokoju na kartce A4 - perspektywa może być trochę "kopnięta". Malujemy farbkami ściany i podłogi. Na brystolu malujemy potrzebne postaci, wycinamy i ozdabiamy. Jeśli robimy książeczkę z dziećmi - możemy wycinać naszych bohaterów z gazetek czy malowanek. Potem malujemy lub wycinamy z kolorowego papieru potrzebne mebelki i przedmioty. Następnie układamy scenki, robimy zdjęcia i możemy drukować... lub odgrywamy scenki z dzieckiem w naszym pokoju zdarzeń.

Może zrobicie opowiastki o strachach nękających wasze dzieci, albo o warzywach, lubieniu myciu zębów.
Aha - specjalnie nie dołączyłam zakończeń moich bajek o Niechcieju :)

wtorek, 17 stycznia 2012

faktura

Kredki, farbki i flamastry - są kolorowe, dają duże możliwości, ale obrazki są takie PŁASKIE! Dlatego dziś proponuję dodać trochę faktury do naszych obrazków, przepraszam - dziecięcych obrazków. W jednej z metod pracy z osobami z dysleksją też się stosuje różne faktury - np kontury liter oklejone futerkiem, papierem ściernym czy gładkim materiałem. Pobudza to nie tylko zmysł wzroku, ale i dotyku, co sprzyja ćwiczeniu nowych połączeń w mózgu. Zatem przygotowujemy piasek, muszelki, kamyczki, patyczki, watę, włóczkę, brokat, kaszę, mąkę, makaron, ryż i jak mawia moja Jamba "będziemy tworzyć". Można wykorzystać gotowe kartki z kolorowankami albo poprosić dziecko żeby narysowało różne przedmioty, osoby czy scenki, a następnie grubo pokrywamy klejem kartkę (lub lepiej karton). Dziecko może wybrać jakich przedmiotów użyje. Po wyschnięciu kleju obrazek można pomalować. Ale równie dobrze można poprosić dziecko o pomalowanie go przed naklejeniem piasku czy kaszy.  Będzie bałagan przy tworzeniu! Będzie też po zakończeniu, bo obrazki często "gubią" swoją fakturę i będziemy znajdować ryż czy muszelki wszędzie.

Kiedyś zastanawiał się po co ja to robię. Jamba i Jabbers byli mali gdy zaczynaliśmy nasze podróże po dziecięcej sztuce. A teraz Jamba sama bierze kartkę, klej i różne gadżety i woła "mamo, daj mi klej i zieloną kartkę bo będę tworzyć"!

poniedziałek, 26 grudnia 2011

pla pla plakat

To jest coś co angażuje dzieci, pomaga rozwijać ich aktualne zainteresowania. Plakat musi być duży - tak duży aby zająć co najmniej metr kwadratowy. Wybieramy temat - najlepiej wsłuchać się w dziecko (o co pyta najczęściej - o zwierzęta, rośliny, gwiazdy, rodzinę, produkcję czekolady?). Przygotowujemy kolorowe papiery, wycinki z gazet, kredki, mazaki, klej, nożyczki i w zasadzie wszystko co może się przydać (małe kartoniki, włóczkę, wykałaczki). Na podstawowym etapie lepiej wyjaśnić dziecku co gdzie ma być i może przykleić kilka rzeczy na plakat dla ogólnej orientacji.



Na naszym pierwszym plakacie mamy układ słoneczny. Więc najpierw nakleiliśmy słońce i kilka planet. Do tego dorzuciliśmy kilka wydzieranek (planetoidy), spirale wycięte z papieru (czarne dziury), komety, planety i to co nam wyobraźnia podpowiedziała.



Tu natomiast mamy wymyślony świat dla kosmitów. Namalowaliśmy latające talerze, planety, drogi komunikacyjne i użyliśmy naszej mapy jako planszy do gier. Marsjanki (użyliśmy różnych figurek pieczołowicie gromadzonych np. a kinder-jajców) musiały się przemieszczać zgodnie z wymyślonymi regułami. Zachęcam do wymyślania własnych pomysłów - tych z życia wziętych (np. fabryka zabawek), złożony z ulubionych postaci z kreskówek czy zupełnie wyimaginowanych (np. wyspa wesołych robali). Plakat, nawet niezbyt "estetyczny" w pojęciu dorosłych, taki wysmarowany klejem czy pobazgrany ręką dwulatka może być powieszony na ścianie dziecięcego pokoju dzięki taśmie dwustronnej czy specjalnej plastelinie bluetack. Polecam.

piątek, 16 grudnia 2011

adwentowo

Oj, wiem, że to już ostatni tydzień Adwentu, ale dla młodszych dzieci, które nie lubią długo czekać, może będzie akurat. Do stworzenia kalendarza wykorzystałam pudełko po pizzy - potrzebna była przenośna wersja dwuosobowa. Wycięłam z zielonego papieru wieniec, z białego papieru paski na świeczki. Ze starych pocztówek wycięłam Maryję i Dzieciątko. Razem z dziećmi powymyślaliśmy prezenty dla małego Jezusa, narysowałam ich symbole na małych kartkach papieru.



Codziennie wieczorem dzieci malują po jednej świeczce i wybierają jeden prezent dla Pana Jezusa.  Za spełnione postanowienie, przyklejają prezent obok czekającej na Dzieciątko Maryję. W dzień Wigilii, dzieci malują ostatnią świeczkę i przyklejamy obrazek Jezusa - już czas żeby się narodził. Podczas malowania dzieci mogą uczyć się kolęd, jest to też doskonały czas na pogadanki religijne. Jak w prawdziwym kalendarzu adwentowym, na dzieci powinny czekać jakieś drobne słodycze :)

wtorek, 15 listopada 2011

może nad morze

Zaszalejmy. Zróbmy w pokoju dziecięcym morze. Potrzebne są - kolorowe kartki papieru, ewentualnie karton, papierowe talerzyki, kolorowa bibuła, nitka, sznurek lub linka i oczywiście kredki, farbki, nożyczki oraz wszystko co nam się może przydać. Z kartonu lub kolorowego papieru wycinamy duże (ok 30-50cm) ryby - rekiny, wieloryby, rybki z rafy koralowej lub cokolwiek co rybę przypomina. Wycinamy im super zęby i piękne płetwy. Do dalszej obróbki zapraszamy dzieci - niech pokolorują lub pomalują ryby. Do brzegów papierowych talerzyków przyklejamy wąski paski bibuły - to będą nasze meduzy. Rzecz jasna meduzy idą pod "ręce" dzieci w celu dekoracji. W pokoju dziecięcym zawieszamy solidnie i wysoko sznurek, następnie podwieszamy nasze cudeńka na nitce. Pamiętajmy o ostrożności, co by nasze pociechy na tych linkach same się nie zawiesiły. Czyli ryby podwieszamy na cienkich nitkach i możliwie nie na wysokości głowy dziecka. Do linki doczepiamy dłuuuugie paski bibuły - koniecznie zielonej - to będą wodorosty. I tak otrzymujemy piękną głębinę morską. Możemy się w niej bawić w rybki, poszukiwaczy skarbów (wtedy należy zadbać o "skarb ukryty"), nurków i co tam się nam jeszcze wymyśli.


To nasze morze. Długo nie przetrwało -  ściąganie rybek i wodorostów było najfajniejsze. Aha - jeszcze wycięte na planie koła spirale - nasze groźne węże morskie.

poniedziałek, 14 listopada 2011

księga wiedzy II + pamiętnik twórczości dziecka

Księga wiedzy - kilka stron"

Skąd woda w toalecie?          Skąd się biorą jajeczka?
 
 My-jemy-ząbki                           Koła, trójkąty, kwadraty

A to już cześć archiwum - może stanowić część księgi wiedzy bądź prace dzieci można zachowywać w osobnym zeszycie

recycling

Ech, taki sobie krótki post o zwierzętach. Po urodzinach czy zakupach zawsze zostaje dużo kartonów oraz pudełek z twardszego niż kartka papieru. I ja mam taką dziwną przypadłość, że żal mi tych kolorowych kartoników, pudełeczek i boxów. Aby zaspokoić swoją żądzę recyclingu, proponuję dzieciom zabawę w tworzenie zwierzątek. Rysuję kontury w 2D (patrz obrazki), proszę dzieci aby je pokolorowały i wycięły. A potem składamy nasze "animalsy" w 3D.



                                          Klowa-lova, jesz i kłet.

                              Najprostsza łaciata - pamiętać w wymionach!


                                          Czasem trzeba wspomóc się klejem...

poniedziałek, 7 listopada 2011

w co się bawić z dzieckiem

Dość narzekania i wytykania naszych błędów. Na prośbę Frooszki rozpoczynam epopeję "w co się bawić z dzieckiem". Na początek trochę teorii.
1. Cierpliwość. My wiemy co się robi z plasteliną, kredkami i klejem. Ale dla dzieci to są kolejne zabawki, które będą rozsmarowywać po ścianach, żuć, gryźć i zjadać. A po 5 minutach zabawy mamy pół godziny sprzątania. Ale warto! Warto tłumaczyć, że farbki nie są do jedzenia, warto pozwolić sobie na totalny bałagan w naszym czystym i pięknym mieszkaniu.
2. Zapomnij o oczekiwaniach. Myślisz, że gdy pokażesz dziecku jak się lepi ślimaka albo kręci kulki z plasteliny i dziecko powtórzy po tobie wszystkie czynności? Zapomnij. Zosia w II piętra już pięknie koloruje a nasza Asia ledwo trzyma kredkę. Dlaczego tym się przejmujesz? Twoja córeczka to Asia a nie Zosia, i to Zosię będziesz zachęcać do wspólnego rysowania.
3. Zbieraj z dzieckiem wszystko co wydaje ci się przydatne do zabawy. Kamyki, patyki, deseczki, liście, kawałki sznurka czy włóczki, suszone kwiaty, gazety, kolorowe buteleczki, pudełka po herbacie - słowem wszystko co nadaje się "do recycligu".
4. Zachęcaj, ale z rozsądkiem. Jeśli dla dziecka coś jest za trudne i irytujące, odpuść.
5. Podążaj za dzieckiem. Jeśli interesuje je coś, drąż, opowiadaj, rysuj, wycinaj - niech dziecko uczy się dzięki twojej inwencji. 

To tak w skrócie. Każdy rodzic pewnego dnia przekona się, że dla rocznego dziecka ciekawsza będzie plastikowa butelka z wodą niż super droga zabawka, która dźwięczy, piszczy i kwiczy oraz świeci. Tak samo pożądane są wszystkie przedmioty codziennego użytku, które używają dorośli. Gary, miski, łyżki, młotki (!), komórki - słowem wszystko co dzieci widzą u swoich rodziców. Oczywiście pewne przedmioty powinny być dla dziecka tabu - moim zdaniem jest to pilot, komputer, komórka - przynajmniej do 5-6 roku życia. Ale inne są dla dziecka super ciekawe i rozwijające.
 Jedną z najprostszych zabaw dla małych dzieci jest manipulacja ciastoliną, plasteliną i innymi masami plastycznymi. Owszem, można kupić ciastolinę po 20 zł za 30 dag, ale można również zrobić masę solną samemu za 2 zł. Przepis zaczerpnęłam z książki Trish Kuffner "Jak to zrobić" - naprawdę polecam.
Masa solna - szklanka maki, pół szklanki soli, trochę wody, ew. łyżeczka oleju - zagnieść. Z takiej masy możemy zrobić dosłownie wszystko - od świątecznych aniołów, "ciasteczek" do zabawy, a możemy także do masy dodać barwniki (np. temperę w proszku) i trzymać w foliowym woreczku w lodówce oraz wykorzystywać kiedy tylko chcemy. Maluchy mogą kroić, zagniatać masę, odrywać kawałki i bawić się nimi. Starsze dzieci mogą  lepić z ciastoliny różne zwierzątka, przedmioty.

                                            Malowanie bałwanków z masy solnej


Spodobał mi się pomysł z książki na stworzenie "Księgi wiedzy". W książce opisujemy spacery, wycieczki, tematy, którymi interesuje się dziecko.Można wydrukować zdjęcia ze spacerów, wkleić mapę Polski i zaznaczyć gdzie mieszkają bliskie nam osoby itd. W naszej księdze mamy różne strony dotyczące ciekawych dla dzieci tematów. Jamba interesuje się wulkanami, więc mamy zdjęcia wulkanów i gejzerów. Oglądaliśmy bajkę "Wpuszczeni w kanał" więc narysowałam dzieciom rury z wodą do kranu, wanny, z umywalki i toalety, do oczyszczalni. Dzieciaki potem kolorowały obrazek. To niesamowite jak wpływamy na wiedzę, światopogląd naszych dzieci. Kiedyś (Jamba miała ze 2,5 roku), oglądaliśmy bajkę o Kubusiu Puchatku. Po scenie gdy przyjaciele odwiedzili Pana Sowę, Jamba zapytała dlaczego Kłapouszek mógł wejść do domu na drzewie skoro on nie umie wchodzić po drabinie (!). Odpowiedziałam, że to bajka, a w bajce wszystko jest możliwe. Znajomi stwierdzili, że brnęliby w wytłumaczenia, że jakoś tam wszedł, że czary-mary... Tłumaczmy dzieciom wszystko jak najbliżej prawdy. Obrazujmy im to stosownie do ich wieku. To my jesteśmy pierwszymi nauczycielami i nie tylko kształtujemy ich wiedzę, ale i strukturalizujemy ją. W każdym razie księgę wiedzy polecam.

                                                                   Krasnal z lasy solnej

poniedziałek, 17 października 2011

jeden kocyk żeby nie było zimno, a drugi żeby było ciepło

Nasza wada narodowa. Ciepły letni dzień, mama w bluzce, krótki rękaw, lekka spódniczka sandałki. Dziecko - polarowa czapeczka, kurteczka zapięta pod szyję, przykryte kocykiem po pachy. Dziecko w wózku leży, czerwone z gorąca, ruszać się nie może, albo nie chce bo nie ma siły. To nie jest jakiś wyjątek. I te okropne czapeczki nawet w upalne dni. "Bo dziecko zachoruje, uszy i nerki - wszystko będzie chore"! Ja się nie dziwię, że gdy spocone dziecko wyjdzie z autobusu, czapeczka się podniesie, wiatr zawieje - nagła zmiana temperatur i bakterie się cieszą. Skąd ten szał na ubieranie dzieci jak na zimę syberyjską się bierze - to ja nie wiem. Dzieci nie hartowane, hodowane w sterylnych warunkach, nie mają szansy ćwiczyć swoich układów odpornościowych. Co choroba to antybiotyk, wyjałowione z wszelkich bakterii, nie mają jak się bronić. I ciągle te gile. Cieszą się tylko koncerny farmaceutyczne - co wizyta stówka w aptece zostaje.

poniedziałek, 3 października 2011

Szwecja z katalogu IKEA

Weekendowa wycieczka do Malomoe z Frooszką - nasz urlop macierzyński bez dzieci. Już pierwszego dnia Frooszka zauważyła, że na ulicach i w domach (Szwedzi raczej nie mają firanek w oknach) wszystko wygląda jak z ze zdjęcia w katalogu IKEA. To nie są ustawki z białymi meblami i hordami włóczących się po fotografiach dzieciaków. A na ulicach pełno rowerów, całe rodziny spacerują i przemieszczają się na wszystkim co ma koła. Całe metry sześcienne samców pchających wózki, chodzących z dziećmi do pizzerii czy na lody. Wszyscy uśmiechnięci, normalni. Nie, to nie jest hymn pochwalny - wiem, że Szwecja to nie raj. Chodzi mi bardziej o nastawienie do rodziny czy rodzicielstwa. 15 stopni, park i rodzina na pikniku, dzieciaki biegające i grające w różne gry - jakoś tak lżej na sercu. U nas też nie jest źle - przecież to nie jest Afganistan. ALE... idę na plac zabaw w GDA. Mama nie wejdzie po piaskownicy z dzieckiem bo ma za ładne buty (-mamooo, pobaw się ze mną! - nie będę wchodzić na piasek [cyt.przyb.]), ojcowie zostawiający swoje dzieci w piaskownicy i spie..jący daleko za płot placu zabaw... Smutne to trochę. Mi nie chodzi o to, żeby chodzić za 3-latkiem krok w krok, ale dziecko trzeba nauczyć bawić się, dopiero potem ono bawi się samo i wykorzystuje swoją wiedzę. A mama uczy czegoś innego niż tata. To logiczne i nie mam na myśli uczuć, emocji i tego co zazwyczaj kojarzy się z męskością czy kobiecością, bo mama i tata inaczej postrzegają świat, posiadają wiedzę niezależną od ich płci. Nie jestem zwolennikiem postawienia znaku równości pomiędzy mamą i tatą, choć w Szwecji na ulicy tak to wygląda. Chodzi mi o pokazaniu różnorodności tej związanej i niezwiązanej z płcią. Jabbers przyszedł dziś z misiem pod bluzką i mówi, że urodzi dzidzię. Tłumaczyłam mu, że każdy ma swoją rolę - niektórzy są tatusiami i opiekują się dziećmi, niektórzy są mamusiami i  rodzą dzieci, ale każdy jest dla dziecka czymś ważnym. Nic tak nie smuci gdy ktoś wraca z pracy, bawi się z niemowlakiem a gdy on zaczyna płakać woła do współmałżonka - zabierz go bo on płacze. A przecież można się położyć na kocu z dzieckiem i spróbować się poprzytulać, pozwolić maluchowi na bliskość, nawet gdy jesteśmy zmęczeni.

Wspólne rodzicielstwo jest fajne!

poniedziałek, 5 września 2011

czysto, czyściej, jeszcze czyściej

Od setek tysięcy lat ludzie żyli w brudzie, z robalami, pasożytami i innymi zarazami. Dbamy o siebie tak na serio od 100 lat jak mniemam. I dzięki temu żyjemy dłużej. Ale zapędziliśmy się trochę w "kozi róg". Nadmierna czystość doprowadziła do powstawania alergii, które nie są niczym innym jak nietolerancją naturalnego środowiska człowieka. No cóż, we wszystkim trzeba osiągnąć równowagę.
Podstawowa sprawa - jak działa nasz układ immunologiczny?- To są całe dywizje komórek i infrastruktura istniejąca tylko po to aby poznać wroga i zniszczyć wszystko co może zniszczyć nas. Układ immunologiczny (UI) uczy się - musi poznawać kolejnych wrogów, zapamiętywać ich aby następnym razem działać sprawniej. Oczywiście, gdy rodzi się małe dziecko, jego UI nie jest jeszcze dojrzały, ale za to przeciwciała do walki z wrogiem wysysa z mlekiem matki. Dlatego też niekiedy zdrowe noworodki są superodporne [mój najmłodszy trafił po urodzeniu w sam środek wszelkiego rodzaju zapaleń spojówek, krtani i przeziębień wśród członków rodziny, a przez pierwsze pół roku był zdrów jak ryba, oczywiście chroniliśmy go, ale przecież wirusy i bakterie były w powietrzu]. Nie zawsze infekcje omijają maluchy, to oczywiste - niedawno słyszałam o matce, która miała herpesa na ustach i pocałowała nowonarodzoną córeczkę, co spowodowało u dziecka ciężką posocznicę, w wyniku której dziecko zmarło. Ale takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko. Konkludując, malucha trzeba chronić, ale też nie nadmiernie - już po urodzeniu kładzie się go przecież na brzuchu mamy aby "domowe" bakterie zasiedliły ciało dziecka. Niemowlakowi należy wyparzać smoczki, butelki - o tym chyba nie trzeba się rozpisywać. Jestem natomiast przeciwnikiem sterylizowania wszystkich zabawek i całego otoczenia. Wtedy właśnie, wraz z rozwojem dziecka układ odpornościowy musi się ćwiczyć. Kurz, roztocza radośnie szalejące po naszym mieszkaniu nie są przecież wrogami rzędu wirusa grypy. Natomiast nie bardzo rozumiem sens wyparzania każdorazowo smoczka czy butelki u dziecka, które zaczyna raczkować. Przecież i tak liże wszystko, bierze paluszki do buzi, a co gorsza ląduje w niej cała gama materii nieożywionej (łącznie z petami, kapslami na spacerze), bądź ożywionej - koty, psy, robale i pająki (no ponoć to możliwe, że dziecko zawija każdego napotkanego ośmionoga do paszczy).
Dla nieprzekonanych i uznających, że dziecko można oduczyć lizać klocki, piłki, liście i ślimaki. Wyobraźmy sobie typowy dzień. Wracamy z zakupów. Zdejmujemy buty, zakładamy kapcie. Wszystkie riketsje, pył z podwórka, kawałki odchodów ptasich i psich na naszych butach lądują w przedpokoju, w którym ubieramy kapcie - przenosimy więc część podwórkowej flory i fauny na dywan, na którym rozkosznie bawi się bobas. Przenosimy zakupy do kuchni, myjemy ręcę, po czym wyjmujemy zakupy - ile tam jest kolonii bakterii? Przecież ludzie, którzy przenosili i układali towar w sklepie niekoniecznie myli ręce, a może ta czy inna puszka spadła na ziemię.  A potem tymi samymi rękami przygotujemy dziecku butelkę, którą to dziecko wraz z żyjącym inwentarzem weźmie do swoich rąk. Ale dalej - dzwonek do drzwi - listonosz. Czystymi rękami dotykamy klamki, którą wcześniej dotykaliśmy brudnymi rękami (które trzymały się poręczy w tramwaju, wózków sklepowych i wybierały marchewkę w sklepie). Bierzemy list, który przebył 100 km w różnych warunkach, podpisujemy się długopisem, który codziennie trzymają setki ludzi niekoniecznie z certyfikatem czystości. Wracamy do dziecka i bawimy się z nim. Całe rzesze nieprzyjaznych istot zaludniają w tym czasie zabawki i dziecko. [Akurat jak po listonoszu myję ręce bo sama widziałam jak się odlewa w przyosiedlowych śmietnikach]. Tak, to tylko tak dla zobrazowania. O dziecko trzeba dbać, dom trzeba sprzątać i co jakiś czas umyć zabawki. Ale chyba nie można w tym wszystkim popaść w paranoję. Jeśli ma się w domu alergika to już inna sprawa - czyścić trzeba częściej, ale nie uważam, że trzeba wszystko odkażać jak radzą nam w reklamach takich cudownych sprayów.
Oczywiście jeśli ktoś musi bo ma taką potrzebę, to przecież nikt mu nie zabroni. Warto jednak logicznie podejść do niektórych spraw, bowiem choroby i wszystko co się wiąże z dobrostanem naszych dzieci jest nieodłącznie naszpikowane emocjami, naszymi własnymi lękami i poczuciem odpowiedzialności.
Zatem musimy zdecydować czy UI naszego dziecka ma iść do szkoły czy jechać na wakacje...


poniedziałek, 4 lipca 2011

sprawiedliwy podział obowiązków

Coś takiego nie istnieje KROPKA
Ale, że pisać dalej trzeba dalej mianowicie następuje:

Wracamy do domu z małym człowiekiem. Z istnieniem ludzkim, które wcale nie ma dwóch dni jak wskazuje metryka. Ten mały człowiek ma 9 miesięcy. W łonie matki ukształtował się cały. Umie ssać, łykać, płakać, poruszać rękami, nogami. Ćwiczył to wszystko w ochronnej atmosferze macicy w zmniejszonej grawitacji, zatem jak na starcie umie już dużo. Pierwsze dni jak koty - za płoty. Maluch zmęczony porodem, ssaniem, które jest dla niego nie lada wysiłkiem - dużo śpi. Baaa, ale to nadal jest odrębny człowiek, którego trzeba się nauczyć!!! Kiedy je, ile je, jak długo śpi i kiedy, jakie lubi pozycje odpoczynku - niby kilka czynności, a przecież zajmuje mu to całą dobę.

Maluchy jedzą jak chcą. Jamba jadła zegarowo co 3 godziny, żywiła się godzinę bo zasypiała w trakcie seansu karmienia. Jabbers jadł co 2 godziny, ale najadał się w 15 minut. Jabulani stołował się co 3 godziny po 40 minut-każde inaczej. Również w nocy bywało różnie. Ja jestem nocnym markiem, więc wstawanie co 2-3 godziny w nocy to pestka, ale po 5 nad ranem nie odbierałam sygnałów ze świata zewnętrznego. Dlatego "sprawiedliwy" podział obowiązków jest kwestią subiektywną i do-dopracowania-w-związku. A każdy ma inaczej. Warto jednak zadbać o wspólną opiekę nad maluchem, tym bardziej, że jeśli mąż wychodzi na piwo, to dlaczego szanowna małżonka nie miałaby wychodzić? Kwestię karmienia rozwiązywałam następująco. Wychodziłam "na miasto" zaraz po karmieniu lub zostawiałam trochę pokarmu lub po prostu sztuczne mleczko. Wracałam po 2-3 godzinach więc problemu generalnie nie było. Ale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie kobiety maja ochotę wychodzić. Ja przecież też nie wypuszczałam się z domu codziennie. Mimo wszystko fajnie jest zarezerwować dla siebie, czyli dla siebie, ale i dla męża, część życia "bez pieluch". Nie chodzi mi o odrzucenie dziecka, o imprezowanie w tydzień po porodzie, tylko o normalne podejście do sprawy. Jest dziecko, OK, ale jestem ja, ale jesteśmy też my - ja i mój mąż. To wszystko są odrębne światy - jak klocki. Przyjście na świat trochę burzy stary układ, więc trzeba wszystko na nowo odbudować, a najlepiej tak aby nie wyrzucać żadnego z klocków, tylko je trochę poprzestawiać.
Miało być o obowiązkach - i było, tylko, że pomiędzy wierszami :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

to co cóż ze szpital

Lądujemy na oddziale z maluchem przyssanym do piersi, albo przyniosą go nam za jakiś czas na karmienie. Taki osesek ssie na początku chyba tylko dla ćwiczenia. Przecież jeszcze chwilę temu był podłączony do źródła żywienia, to chyba w godzinę nie zgłodniał. Oby tylko ssał, jeśli ssie, pół kłopotu z głowy - ma ten cudowny odruch. Jeśli ma okrojony pakiet startowy trzeba się trochę namęczyć.

Uwaga - nie wstajemy same z łóżka!!! po raz pierwszy!!! choćby nie wiadomo co! czekamy na położną, męża, siostrę, kogokolwiek, lub prosimy kumpelę z pokoju żeby po położną się udała z prośbą.
Uwaga - dziecka nie nosimy po oddziale na rękach, tylko wozimy w wózku!!!
Uwagi może głupie, ale niekiedy chronią przed tragedią.

Powtórka:
Po porodzie nie czuje się potrzeby sikania, jednakowoż zalecam chodzenie do łazienki, nawet nie wiecie jak pojemny jest znów ten pęcherz... Każda wizyta w toalecie jest okazją do skorzystania z dobrodziejstw medycyny - czytaj woda z Tantum Rosa. Obowiązkowo wietrzymy ranę leżąc w łózku.
Problem pojawia się gdy na oddział mogą wchodzić goście. Bo są takie rodziny, które tłumnie i długo zalegają przy łóżkach, że aż nerw bierze. Ani się wsypać, ani wietrzyć, ani dziecko karmić. Uprzedzamy naszych gości, że mogą ewentualnie przyjść na chwilę, chyba, że mąż alboco. Ja w ogóle gości żadnych sobie nie życzyłam, tylko mąż albo siostra czy mama na 5 min.

Pobyt w szpitalu najlepiej wykorzystać na spanie i naukę tego czego jeszcze nie wiemy. Więc każde pytanie o karmienie i dziecko i nasze samopoczucie warte jest tego, żeby zadać je położnym. Nie wstydzić się pytać, przychodzić nawet o 1 czy 4 nad ranem. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby położna nie pomogła. NAPRAWDĘ PYTAJCIE! Nie wstydźcie się. Jednego razu całą noc nie przespałam, bo mały nie mógł się najeść. Rano okazało się, że to przez kroplówkę i normalna sprawa - nie miałam pokarmu. A mogłam iść do położnej w nocy, tylko głupia uznałam, że przy trzecim to już mnie nic nie zagnie.

Traumatyczne przeżycie dla wielu kobiet? Sposób kąpania dzieci przez położne. Wrażliwe serca niektórych mam nie mogą znieść trzymania noworodka na jednej ręce  i ekspresowe obmycie ciałka pod kranem. Ale cóż, tak trzeba, szybko, sprawnie i na temat, a po kąpieli dzidziuś i tak ląduje w odziane w ręcznik ręce mamusi.

Naczelna zasada młodej matki "DZIECKO ŚPI, MAMA ŚPI". Radzę przestrzegać i dużo leżeć po porodzie, nawet w domu. Bo jak mawia moja mama "macica musi się zwinąć"!

piątek, 10 czerwca 2011

czas, już czas....

Na kilka tygodni przed porodem pojawiają się tak zwane 'skurcze przepowiadające". Przypominają one te podczas miesiączki i można odczuć twardnienie brzucha. Trwają kilkadziesiąt sekund i powtarzają co kilkadziesiąt minut, po czym znikają. Macica w ten sposób przygotowuje się do porodu. Ale nie należy się nimi przejmować, chyba, że pojawi się jakieś krwawienie lub skurcze nasilą się. Torbę mamy spakowaną, dyspozycje rodzinie wydane, pokój dla malucha urządzony, słowem czekamy na ten dzień. Przy pierwszym porodzie zawsze jest ten strach - czy będę wiedziała, że to już. Uwierzcie mi, jak już się zacznie to na pewno będziecie wiedziały. Może nie powinnam tu pisać o porodach w ogóle, tylko o swoich, ale to za chwilę. Jeśli nie ma przeciwwskazań (tzn ciąża nie jest zagrożona, a my czujemy się generalnie dobrze) to radzę zostać jak najdłużej w domu - do czasu aż skurcze będą pojawiać się co 15 min. Ma to o tyle znaczenie, że po pierwsze,  pierwiastkę i tak odeślą do domu (mnie odsyłali przy pierwszym porodzie 2 razy:), a poza tym szpital to miejsce dość specyficzne. Nie jestem zaciekłym wrogiem lekarzy, położnych czy pielęgniarek, wręcz przeciwnie. ALE... Ale w momencie wejścia na salę porodową jesteśmy pacjentkami, której każe się robić to lub tamto. Musimy słuchać tego co nam mówią, wykonywać polecenia i każda osoba z personelu jest "nad nami" - a ma to swoje pozytywne i negatywne strony. Oznacza to mniej więcej tyle, że wspaniała położna może naprawdę pomóc, a innym razem może wystraszyć lub zdenerwować. Po drugie w domu, jesteśmy u siebie, możemy wziąć prysznic kiedy tylko chcemy, wypić herbatę, możemy przyjmować dowolne pozycje podczas skurczów (ja notorycznie stawałam naprzeciw ściany, opierałam się rękami i dreptałam w miejscu). tylko ostrzegam, że na szkole rodzenia nie byłam, więc piszę tylko o tym co ja przeżyłam, co by mnie ktoś nie pozwał o narażenie zdrowia lub życia.
Idziemy dalej... Jeśli wasz wybrany szpital nie przeprowadza lewatywy, to proponuję przeprowadzić ją samemu. Dziecko działa bowiem jak tłok strzykawki - popycha wszystko co ruchome do przodu. Natura trochę ułatwia życie, bo podczas kurczów często kobiety dostają biegunki, ale ta lewatywa jakby źle się nie kojarzyła, naprawdę pomaga. Ale nie stresujcie się tym nawet w szpitalu. Tam ludzie pracują z porodami na co dzień więc nic ich nie zaskoczy. Znajomy ratownik opowiadał kiedyś, że wieźli do porodu kobietę, która cały czas..... sikała. To nie były wody płodowe. No cóż, zdarza się. A co do wód płodowych to na trzy porody tylko raz mi odeszły w domu, a konkretnie w nocy.
Dobra, skurcze mamy co 15 minut i zmykamy do szpitala. Nie radzę ubierać spodni - nigdy nie wiadomo co będzie dalej. Jedziemy na izbę przyjęć - tam skierują nas na trakt porodowy. Przy drugim porodzie nie dałam się odesłać z powrotem, więc na porodówce spędziłam dwie godziny. Nie musiałam cały czas leżeć, więc chodziłam lub siedziałam, ale czasem można także wziąć prysznic. Kiedy skurcze pojawiają się co 5-3 minuty to nie ma rady trzeba się położyć. A potem czas jakby stoi w miejscu, ale wydaje się jakby jednak przyspieszał. Co prawda moje porody nie były traumatyczne i długie, więc się nie porównuję do kobiet, które naprawdę się nacierpiały. Bo udało mi się urodzić już z 2-3 skurczem partym. I to jest o tyle ciekawe, że mam dość wąskie biodra, a moja mama miała ciężkie porody. Powiem jedno - gdy dziecko już się urodzi, to naprawdę nie czuje się bólu. NAPRAWDĘ! Jeśli położna nacięła krocze to będzie szycie. Profilaktycznie można poprosić o znieczulenie, które zazwyczaj podaje się podczas szycia standardowo, ale cóż - lepiej się upewnić. Można także zapytać się lekarza o ewentualne rozmiary zniszczeń. I powiem wam szczerze - poproście lekarza o zszycie tak aby później nie było problemów ze współżyciem. A więc - jeśli nasz mężczyzna jest bardzo hojnie obdarzony, lub wręcz przeciwnie - lepiej powiedzieć o tym lekarzowi. Mi lekarka po drugim porodzie zrobiła "prezent dla męża" - czy zszyła dość ciasno. Ale z kolei koleżanka narzekała, że została zszyta za ciasno, więc potem był problem.
No właśnie - z personelem medycznym trzeba współpracować, ale czasem też trzeba być asertywnym. Podczas pierwszego porodu, który trwał na sali 7 minut, bo przybyłam na ostatnią chwilę, pani położna krzyczała, że za szybko rodzę (sic!) i rzeczywiście o mały włos a Jamba spadłaby na podłogę bo po prostu wyskoczyła nagle, a panie nie były na to przygotowane. Nie było sensu się kłócić. Ale przy drugim porodzie podeszła do mnie pani doktor z jakimś młodym stażystą. I pani doktor nagle opuściła na płasko mój zagłówek (chciała zrobić USG). Zapowietrzyło mnie, przecież nie jestem kawałkiem mięsa! Lekarka trochę się przestraszyła i zapytała czy jest mi słabo. Odpowiedziałam, że nie, tylko nie jestem przygotowana na takie traktowanie. Czasem trzeba być asertywnym i tyle, ale czasem można odpuścić.

Resztę wiecie na pewno z książek i gazet czy opowieści. Dodam tylko, że w MOIM odczuciu poród to nie jest jakaś metafizyka, magiczne zdarzenie, cudowne przeżycie transcendentne czy inne cóś. To jest zadanie, ciężka praca, którą trzeba wykonać aby przytulić maluszka.

Po porodzie lekarze wszystko jeszcze raz zbadają, zważą i zmierzą a potem jeszcze godzinna obserwacja. Nie można wtedy spać, to naprawdę ważne ponieważ w razie krwotoku stwarza to zagrożenie życia. W niektórych szpitalach na czas obserwacji dziecko zabiera się, ale najczęściej mama może je już karmić :)
A potem na oddział. I jeszcze coś na wypadek gdybym zapomniała. Po porodzie nie czuje się parcia na pęcherz. Ja tego nie wiedziałam i dopiero po kilku dobrych godzinach pomyślałam, ze może pójdę do toalety - jejku, nie mogłam się wysikać, a wcale nie czułam że mi się chce. Po prostu przez kilka ostatnich miesięcy pęcherz był tak ściśnięty, że w trakcie porodu i po nim, po prostu głupieje!

 Co do znieczuleń i cięć cesarskich. Znieczulenia są dobre dla kobiet naprawdę wrażliwych na ból. Moja siostra rodziła ze znieczuleniem i mówiła, że i tak czuła ból, a poród bez znieczulenia trwałby ze 2 godziny krócej (siostra jest pielęgniarką i to super dobrą, więc się zna). W każdym razie to nie jest tak, że nic się nie czuje i jest super. A niekiedy akcja porodowa po znieczuleniu ustaje. Odnośnie cięcia cesarskiego, to wcale nie wzięło się od Cezara. W starożytnym Rzymie wykonywało się cięcia (czyli ceasare) jeśli kobieta umierała, żeby chociaż dać szansę dziecku na przeżycie. A jak wiadomo matka Juliusza Cezara żyła jeszcze po jego urodzeniu. Otóż to nie jest tak, że poddamy się cięciu, wyjmą nam dziecko i jest super. To jest bardzo poważna operacja z nacięciem powłok brzusznych.Rehabilitacja po takim cięciu jest zazwyczaj dłuższa i naprawdę utrudnia opiekę nad dzieckiem. Ale oczywiście niekiedy cesarka jest jedynym wyjściem. Ciekawe, że dzieci urodzone przez cięcie maja inny kształt czaszki i inaczej zachowują się po urodzeniu. Niektóre dzieci mają "nieodczuloną twarz" - nie lubią przytulania, głaskania, pluszaków i misiaczków to tulenia. Z czasem na szczęście to przechodzi. Dodam jeszcze tylko, że to nie tak, że jestem przeciwna zdobyczom medycyny. Myślę jednak, że natura pracowała nad porodami ssaków przez dobre kilka milionów lat, więc tu wszystko ma znaczenie - nawet rzeczy najbardziej wydawałoby się błahe i bez znaczenia.

  Jakbyście chciały się dowiedzieć coś jeszcze to zadawajcie pytania, odpowiem na wszystkie.